Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Szukaj


 

Znalazłem 88 takich materiałów
Jak szkodzi cukier. – 49 kg  - tyle zjadamy cukru rocznie, podczas gdy średnie spożycie w Europie wynosi 39 kg. Przodując pod tym względem w UE, Polacy wyrządzają sobie dużą krzywdę, nie tylko ze względów estetycznych (nadmiaru cukru odkłada się w postaci tkanki tłuszczowej), lecz również zdrowotnym,

Krótko i na temat – częste jedzenie cukru to wysokie ryzyko pojawienie się chorób: cukrzyca, nadciśnienie, choroby serca, miażdżyca, otyłość, nowotwory (jelita grubego, trzustki, piersi – to tylko niektóre przykłady udowodnione naukowo). Czy wiesz, że wiele z tych chorób zostało zdiagnozowanych dopiero pod koniec XIX wieku, kilka lat po tym, gdy cukier zagościł powszechnie na stołach mieszkańców krajów rozwiniętych? jest  to wystarczający powód, aby zarwać ze zgubnym nałogiem.

Rak żywi się cukrem!

Cukier odżywia pasożyty i guzy, sprawia, że rosną szybciej.

Biała mąka + cukier = wzrost komórek, pożywka dla guzów, grzybów i szkodliwych bakterii

Bardzo niepokojący jest fakt, że w akademiach medycznych prawie w ogóle nie poświęca się uwagi diecie. W większości uczelni pojęcia z zakresu żywienia rozsiane są po innych dyscyplinach.

Rak spoczywa uśpiony w każdym z nas

Nasze ciała produkują wadliwe komórki, jak wszystkie inne żywe organizmy. Tak powstają guzy. Nasze ciała zostały jednak wyposażone w mechanizmy, które wykrywają takie komórki i kontrolują ich rozwój. W świecie tzw. zachodnim, na raka umiera jedna osoba na cztery, ale trzy na cztery nie. Ich mechanizmy obronne spełniają swoje zadanie i osoby te umierają z innych przyczyn.

Rak jest coraz bardziej rozpowszechniony na Zachodzie; wzrost liczby zachorowań obserwuje się od lat czterdziestych ubiegłego wieku.
W ciągu minionych pięćdziesięciu lat trzy zasadnicze czynniki w sposób drastyczny zmieniły nasze środowisko naturalne:
 
    W naszej diecie zwiększyła się ilość oczyszczonego cukru.( W 1830 roku spożycie cukru wynosiło pięć kilogramów, a pod koniec XX wieku osiągnęło szokującą wartość siedemdziesięciu kilogramów.)
    Nastąpiły zmiany w uprawie roślin i hodowli zwierząt, które spowodowały zmiany w składzie chemicznym spożywanej przez nas żywności.
    Stykamy się z ogromną liczbą produktów chemicznych, które nie istniały przed 1940 rokiem.

Nasze geny rozwijały się w środowisku, w którym rocznie na osobę przypadały najwyżej dwa kilogramy cukru w miodzie. 

Niemiecki biolog Otto Warburg zdobył Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie, żemetabolizm guzów złośliwych jest w dużej mierze uzależniony od spożycia glukozy.Badania typu PET, stosowane w celu wykrycia raka, często polegają na zidentyfikowaniu w ciele obszarów pochłaniających najwięcej glukozy. Jeśli jakiś jego fragment wyróżnia się na tle reszty wchłanianiem zbyt wielkiej ilości glukozy, bardzo praw­dopodobną przyczyną tego zjawiska jest rak.

Kiedy spożywamy cukier lub białą mąkę – substancje odznaczające się wysokim indeksem glikemicznym – poziom glukozy we krwi gwałtownie rośnie, ponieważ organizm natychmiast uwalnia dawkę insuliny po­zwalającą glukozie wniknąć do komórek.

Wydzielaniu insuliny towarzyszy uwalnianie innego związku zwanego IGF (insulinopodobny czynnik wzrostu), którego zadaniem jest stymulowanie wzrostu komórek.

Innymi słowy cukier odżywia tkanki i sprawia, że rosną szybciej. Ponadto insulina oraz IGF wywołują pewien wspólny efekt:

podsycają procesy zapalne, które stymulują wzrost komórek i służą jako odżywka dla guzów.

Obecnie wiadomo już, że nagłe skoki poziomu wydzielania insuliny i IGF nie tylko podsycają wzrost komórek rakowych, lecz także ich zdolność wnikania do sąsiadujących tkanek.

Każdy może zredukować ilość oczyszczonego cukru i białej mąki w diecie. Wykazano, że zwyczajne zmniejszenie zawartości tych składników błyskawicznie oddziałuje na poziom insuliny i IGF we krwi. Innym efektem takiego działania jest poprawa stanu zdrowia skóry.

Spożycie cukru a trądzik 

Związek między poziomem cukru we krwi i stanami zapalnymi może się wydawać naciągany. Jak bowiem cukierek, kostka cukru w filiżance kawy lub kromka białego chleba z dżemem miałaby wpływać na fizjologię ludzkiego organizmu? Tymczasem, gdy przeprowadzimy analizę wyprys­ków na skórze, stwierdzimy, że związek ten jest oczywisty. 

Doktor Loren Cordain zajmuje się badaniami nad odżywianiem na Uniwersytecie Kolorado. Usłyszawszy, że pewne społeczności, których styl życia bardzo różni się od naszego, nie cierpią na trądzik (trądzik jest między innymi efektem zapalenia naskórka), postanowiła zbadać to zagadnienie, gdyż to twierdzenie wydało jej się niedorzeczne. Trądzik jest czymś w rodzaju rytuału przejścia w dorosłość, dotykającego od 80 do 95% nastolatków w krajach zachodnich. Doktor Cordain zgromadziła zespół dermatologów, którzy mieli zbadać skórę tysiąca dwustu nastolatków żyjących na odciętych od świata wyspach w Nowej Gwinei oraz stu trzydziestu Indian z plemienia Ache w Paragwaju. Badacze nie wykryli w tych grupach ani śladu trądziku. W artykule zamieszczonym w czasopiśmie „Archives of Dermatolo-gy” przypisują to sposobowi odżywiania przebadanych nastolatków. Diety tych współczesnych odosobnionych populacji ludzkich przypominają diety naszych dalekich przodków, nie zawierają bowiem cukru i białej mąki, a – co za tym idzie – w ich krwi nie dochodzi do nagłych skoków poziomu insuliny i IGF.

Czym bezpiecznie zastąpić?

Pod żadnym pozorem nie słodź aspartamem, ani nie spożywaj żywności zawierającej aspartam!

Zastosuj:ksylitol, stevia,

Ksylitol cukier brzozowy posiada wielokrotnie niższy indeks glikemiczny (IG:8) niż glukoza czy sacharoza indeks glikemiczny dziewięciokrotnie niższy od cukru (sacharozy). Ksylitol nie fermentuje w przewodzie pokarmowym tak jak glukoza, fruktoza, sacharoza czy laktoza. Podobnie jak cukier może być stosowany do przeróbki w wysokich temperaturach. Ksylitol jest powoli przetwarzany w organizmie z minimalnym udziałem insuliny, wskutek czego posiada ponad dziewięciokrotnie niższy indeks glikemiczny od cukru. Dzięki temu jest bardzo bezpieczny dla diabetyków. Utrzymując niski poziom insuliny, przeciwdziała procesom przedwczesnego starzenia się. Ponadto zawiera prawie2-razy mniej kalorii niż cukier!

Stevia (Stevia Rebaudiana) to zioło zwane „słodkim zielem”, bardzo popularne w Brazylii i Paragwaju (mniej więcej tak jak u nas szałwia czy mięta).
Znane tam od setek lat, a od ok. 40 lat niezwykle popularne w Japonii, ostatnio również w USA – prowadzono nad nią badania na kilku Uniwersytetach. W Europie stevia nie otrzymała atestu mimo, że po 15 latach obowiązkowych badań nie wykazała żadnych skutków ubocznych. Kupić ją można w Polsce, pod postacią soku czy suszonych liści.

Stevia jest kilkaset razy słodsza od cukru  ma właściwości antybakteryjne, jest bogata w naturalne olejki i substancje odżywcze, bezpieczna dla cukrzyków. Ma lekko mdławy posmak jest słodzikiem w 100% naturalnym, bezpiecznym dla organizmu i dobrze znosi gotowanie, pieczenie etc. Stevia  IG: 5

Powinno się także unikać białego ryżu i zastępować go brązowym lub białym ryżem basmati o znacznie niższym indeksie glikemicznym. A przede wszystkim spożywać warzywa i owoce roślin strączkowych (fasolę, groch, soczewicę). Charak­teryzują się one niskim indeksem glikemicznym, a poza tym zawarte w nich chemiczne związki roślinne intensywnie zwalczają raka.


Niesłychanie ważne jest unikanie słodyczy i przekąsek między posiłkami. Gdy w tym czasie podjadamy ciastka (albo cukier), nic nie powstrzymuje wzrostu poziomu insuliny. Tylko ich łączenie z innymi produktami, zwłaszcza z włóknami warzyw i owoców lub przyjaznymi tłuszczami (takimi jak oliwa z oliwek bądź masło organiczne), spowalnia asymilację cukru i zmniejsza skoki insuliny. W taki sam sposób niektóre owoce i warzywa – takie jak cebula, czosnek, jagody, wiśnie i maliny – ograniczają wzrost zawartości cukru we krwi.

Dieta oparta na produktach o niskim indeksie glikemicznym ogranicza ryzyko wzrostu raka. Zespół badawczy szpitala Hotel-Dieu w Paryżu wykazał, że jednocześnie pozwala ograniczyć ilość tkanki tłuszczowej na rzecz tkanki mięśniowej.

Jak szkodzi cukier.

49 kg - tyle zjadamy cukru rocznie, podczas gdy średnie spożycie w Europie wynosi 39 kg. Przodując pod tym względem w UE, Polacy wyrządzają sobie dużą krzywdę, nie tylko ze względów estetycznych (nadmiaru cukru odkłada się w postaci tkanki tłuszczowej), lecz również zdrowotnym,

Krótko i na temat – częste jedzenie cukru to wysokie ryzyko pojawienie się chorób: cukrzyca, nadciśnienie, choroby serca, miażdżyca, otyłość, nowotwory (jelita grubego, trzustki, piersi – to tylko niektóre przykłady udowodnione naukowo). Czy wiesz, że wiele z tych chorób zostało zdiagnozowanych dopiero pod koniec XIX wieku, kilka lat po tym, gdy cukier zagościł powszechnie na stołach mieszkańców krajów rozwiniętych? jest to wystarczający powód, aby zarwać ze zgubnym nałogiem.

Rak żywi się cukrem!

Cukier odżywia pasożyty i guzy, sprawia, że rosną szybciej.

Biała mąka + cukier = wzrost komórek, pożywka dla guzów, grzybów i szkodliwych bakterii

Bardzo niepokojący jest fakt, że w akademiach medycznych prawie w ogóle nie poświęca się uwagi diecie. W większości uczelni pojęcia z zakresu żywienia rozsiane są po innych dyscyplinach.

Rak spoczywa uśpiony w każdym z nas

Nasze ciała produkują wadliwe komórki, jak wszystkie inne żywe organizmy. Tak powstają guzy. Nasze ciała zostały jednak wyposażone w mechanizmy, które wykrywają takie komórki i kontrolują ich rozwój. W świecie tzw. zachodnim, na raka umiera jedna osoba na cztery, ale trzy na cztery nie. Ich mechanizmy obronne spełniają swoje zadanie i osoby te umierają z innych przyczyn.

Rak jest coraz bardziej rozpowszechniony na Zachodzie; wzrost liczby zachorowań obserwuje się od lat czterdziestych ubiegłego wieku.
W ciągu minionych pięćdziesięciu lat trzy zasadnicze czynniki w sposób drastyczny zmieniły nasze środowisko naturalne:

W naszej diecie zwiększyła się ilość oczyszczonego cukru.( W 1830 roku spożycie cukru wynosiło pięć kilogramów, a pod koniec XX wieku osiągnęło szokującą wartość siedemdziesięciu kilogramów.)
Nastąpiły zmiany w uprawie roślin i hodowli zwierząt, które spowodowały zmiany w składzie chemicznym spożywanej przez nas żywności.
Stykamy się z ogromną liczbą produktów chemicznych, które nie istniały przed 1940 rokiem.

Nasze geny rozwijały się w środowisku, w którym rocznie na osobę przypadały najwyżej dwa kilogramy cukru w miodzie.

Niemiecki biolog Otto Warburg zdobył Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie, żemetabolizm guzów złośliwych jest w dużej mierze uzależniony od spożycia glukozy.Badania typu PET, stosowane w celu wykrycia raka, często polegają na zidentyfikowaniu w ciele obszarów pochłaniających najwięcej glukozy. Jeśli jakiś jego fragment wyróżnia się na tle reszty wchłanianiem zbyt wielkiej ilości glukozy, bardzo praw­dopodobną przyczyną tego zjawiska jest rak.

Kiedy spożywamy cukier lub białą mąkę – substancje odznaczające się wysokim indeksem glikemicznym – poziom glukozy we krwi gwałtownie rośnie, ponieważ organizm natychmiast uwalnia dawkę insuliny po­zwalającą glukozie wniknąć do komórek.

Wydzielaniu insuliny towarzyszy uwalnianie innego związku zwanego IGF (insulinopodobny czynnik wzrostu), którego zadaniem jest stymulowanie wzrostu komórek.

Innymi słowy cukier odżywia tkanki i sprawia, że rosną szybciej. Ponadto insulina oraz IGF wywołują pewien wspólny efekt:

podsycają procesy zapalne, które stymulują wzrost komórek i służą jako odżywka dla guzów.

Obecnie wiadomo już, że nagłe skoki poziomu wydzielania insuliny i IGF nie tylko podsycają wzrost komórek rakowych, lecz także ich zdolność wnikania do sąsiadujących tkanek.

Każdy może zredukować ilość oczyszczonego cukru i białej mąki w diecie. Wykazano, że zwyczajne zmniejszenie zawartości tych składników błyskawicznie oddziałuje na poziom insuliny i IGF we krwi. Innym efektem takiego działania jest poprawa stanu zdrowia skóry.

Spożycie cukru a trądzik

Związek między poziomem cukru we krwi i stanami zapalnymi może się wydawać naciągany. Jak bowiem cukierek, kostka cukru w filiżance kawy lub kromka białego chleba z dżemem miałaby wpływać na fizjologię ludzkiego organizmu? Tymczasem, gdy przeprowadzimy analizę wyprys­ków na skórze, stwierdzimy, że związek ten jest oczywisty.

Doktor Loren Cordain zajmuje się badaniami nad odżywianiem na Uniwersytecie Kolorado. Usłyszawszy, że pewne społeczności, których styl życia bardzo różni się od naszego, nie cierpią na trądzik (trądzik jest między innymi efektem zapalenia naskórka), postanowiła zbadać to zagadnienie, gdyż to twierdzenie wydało jej się niedorzeczne. Trądzik jest czymś w rodzaju rytuału przejścia w dorosłość, dotykającego od 80 do 95% nastolatków w krajach zachodnich. Doktor Cordain zgromadziła zespół dermatologów, którzy mieli zbadać skórę tysiąca dwustu nastolatków żyjących na odciętych od świata wyspach w Nowej Gwinei oraz stu trzydziestu Indian z plemienia Ache w Paragwaju. Badacze nie wykryli w tych grupach ani śladu trądziku. W artykule zamieszczonym w czasopiśmie „Archives of Dermatolo-gy” przypisują to sposobowi odżywiania przebadanych nastolatków. Diety tych współczesnych odosobnionych populacji ludzkich przypominają diety naszych dalekich przodków, nie zawierają bowiem cukru i białej mąki, a – co za tym idzie – w ich krwi nie dochodzi do nagłych skoków poziomu insuliny i IGF.

Czym bezpiecznie zastąpić?

Pod żadnym pozorem nie słodź aspartamem, ani nie spożywaj żywności zawierającej aspartam!

Zastosuj:ksylitol, stevia,

Ksylitol cukier brzozowy posiada wielokrotnie niższy indeks glikemiczny (IG:8) niż glukoza czy sacharoza indeks glikemiczny dziewięciokrotnie niższy od cukru (sacharozy). Ksylitol nie fermentuje w przewodzie pokarmowym tak jak glukoza, fruktoza, sacharoza czy laktoza. Podobnie jak cukier może być stosowany do przeróbki w wysokich temperaturach. Ksylitol jest powoli przetwarzany w organizmie z minimalnym udziałem insuliny, wskutek czego posiada ponad dziewięciokrotnie niższy indeks glikemiczny od cukru. Dzięki temu jest bardzo bezpieczny dla diabetyków. Utrzymując niski poziom insuliny, przeciwdziała procesom przedwczesnego starzenia się. Ponadto zawiera prawie2-razy mniej kalorii niż cukier!

Stevia (Stevia Rebaudiana) to zioło zwane „słodkim zielem”, bardzo popularne w Brazylii i Paragwaju (mniej więcej tak jak u nas szałwia czy mięta).
Znane tam od setek lat, a od ok. 40 lat niezwykle popularne w Japonii, ostatnio również w USA – prowadzono nad nią badania na kilku Uniwersytetach. W Europie stevia nie otrzymała atestu mimo, że po 15 latach obowiązkowych badań nie wykazała żadnych skutków ubocznych. Kupić ją można w Polsce, pod postacią soku czy suszonych liści.

Stevia jest kilkaset razy słodsza od cukru ma właściwości antybakteryjne, jest bogata w naturalne olejki i substancje odżywcze, bezpieczna dla cukrzyków. Ma lekko mdławy posmak jest słodzikiem w 100% naturalnym, bezpiecznym dla organizmu i dobrze znosi gotowanie, pieczenie etc. Stevia IG: 5

Powinno się także unikać białego ryżu i zastępować go brązowym lub białym ryżem basmati o znacznie niższym indeksie glikemicznym. A przede wszystkim spożywać warzywa i owoce roślin strączkowych (fasolę, groch, soczewicę). Charak­teryzują się one niskim indeksem glikemicznym, a poza tym zawarte w nich chemiczne związki roślinne intensywnie zwalczają raka.


Niesłychanie ważne jest unikanie słodyczy i przekąsek między posiłkami. Gdy w tym czasie podjadamy ciastka (albo cukier), nic nie powstrzymuje wzrostu poziomu insuliny. Tylko ich łączenie z innymi produktami, zwłaszcza z włóknami warzyw i owoców lub przyjaznymi tłuszczami (takimi jak oliwa z oliwek bądź masło organiczne), spowalnia asymilację cukru i zmniejsza skoki insuliny. W taki sam sposób niektóre owoce i warzywa – takie jak cebula, czosnek, jagody, wiśnie i maliny – ograniczają wzrost zawartości cukru we krwi.

Dieta oparta na produktach o niskim indeksie glikemicznym ogranicza ryzyko wzrostu raka. Zespół badawczy szpitala Hotel-Dieu w Paryżu wykazał, że jednocześnie pozwala ograniczyć ilość tkanki tłuszczowej na rzecz tkanki mięśniowej.

Think outside the box. – Coraz częściej zadaję sobie pytanie: "dokąd ten świat podąża?". Postępowa Europa próbuje nam wmówić wiele rzeczy. Nie wiem czy wiecie, ale marchewka to owoc, ślimak jest rybą itd. Jeśli myślisz inaczej- uważaj. Możesz być uważany za osobę niepostępową. :P Dobrze, koniec żartów. Zaczynamy. 


 Podane we wstępie przykłady to tylko kropla w morzu absurdów, które nam narzuca UE. 

Homoseksualizm

Próbuje się zatrzeć granicę pomiędzy kobietą a mężczyzną. Model rodziny również uległ zniekształceniu. Nie wyobrażam sobie zakazu mówienia "mamo" i "tato". Jak wyobrażacie sobie świat, gdzie dwóch przedstawicieli tej samej płci będzie adoptowało dzieci? Dla mnie jest to chore i absurdalne. W jaki sposób dwóch tatusiów będzie mogło porozmawiać ze swoją nastoletnią córką o jej dorastaniu? Jaki model rodziny będzie mieć dziecko wychowane w takim związku? Dążymy do samozagłady. Do tego te parady... Jeśli jesteś homo- dobrze. Zachowaj to dla siebie. Nie musisz wychodzić na ulicę i krzyczeć o tym wszystkim ludziom. 
Jeżeli to jest postęp- ja wysiadam na najbliższym przystanku. Możesz mnie nazwać homofobem, katolem czy jak jeszcze chcesz. Ja po prostu bronię swoich zasad, które uważam za normalne i zdania w tej kwestii nie zmienię.

Edukacja seksualna 


Wychowanie do życia w rodzinie? Ok. Może być to przydatne o ile będzie prowadzone przez osoby do tego przygotowane. Głupotą jest wg. mnie prowadzenie tych zajęć przez np. zakonnice i w tak wczesnym wieku dzieci. Dajmy im czas na zabawę zabawkami. Wiedza co to jest prezerwatywa i do czego się jej używa nie jest im potrzebna w tym wieku. 

Równouprawnienie

Często w mediach jest głośno o dyskryminacji kobiet. Pojawiają się głosy, że kobiety są gorzej traktowane od mężczyzn, mniej zarabiają, nie mają takiego przebicia w polityce itd. Zatem drogie feministki: jeżeli już walczycie o to swoje równouprawnienie, to przyjmijcie na swoje barki wszystko co się z tym wiąże. Ktoś kiedyś powiedział: "Równouprawnienie kończy się w momencie gdy trzeba wnieść zakupy na dziesiąte piętro.". 

Muzyka

Ile to razy po włączeniu radia słyszymy setny raz ten sam kawałek? Czy na świecie istnieje tylko 30 utworów? Dlaczego nie promujemy naszych artystów? Mamy tak wspaniałe zespoły, które nie mogą się przebić przez masówkę.  Lepiej puścić jakiegoś anglojęzycznego gniota? Nie ma się co dziwić, że później poziom muzyczny spada drastycznie w dół, a dobre zespoły są znane tylko w bardzo wąskim gronie odbiorców. 

Polityka

Politycy mają nas za bandę idiotów. Te same twarze, świnie wciąż przy korycie. Niestety jest w tym trochę i naszej winy. Wygodniej jest siedzieć na tyłku i nic nie robić. "Co ja mogę zrobić? Mój głos niczego nie zmieni." Wiesz co? Masz rację. Twój głos niczego nie zmieni. Pomyśl jednak, że takie same myśli ma w głowie spora ilość Polaków. Twój głos w pojedynkę nie ma szans. Jeśli jednak połączy się z kilkoma tysiącamy innych głosów- każdy z nich zyskuje znaczenie. Pewnie i tak to przeczytasz i olejesz. Po co się wysilać? Inni zrobią wszystko za Ciebie. Przecież Tobie jest dobrze. Masz dobre warunki w domu, zarabiasz tyle, że co miesiąc możesz odłożyć sporo gotówki, służba zdrowia działa wyśmienicie. Wszystko jest tak jak być powinno. Tylko później nie narzekaj, że coś jednak nie jest tak. 

Niewolnictwo

Zapewne większości z Was kojarzy się to ze starożytnością. "Niewolnictwa przecież nie ma w Polsce". Zatem jak nazwiemy ciężką pracę za marne wynagrodzenie? Czy nie jest to forma wyzysku i ukrytego niewolnictwa? Wiele rodzin żyje na skraju nędzy. Nic się jednak z tym nie robi. Państwo ma ważniejsze rzeczy na głowie od dobra obywateli. 


Źródło:
http://raaf115.blogspot.com/2014/11/postep.html

Think outside the box.

Coraz częściej zadaję sobie pytanie: "dokąd ten świat podąża?". Postępowa Europa próbuje nam wmówić wiele rzeczy. Nie wiem czy wiecie, ale marchewka to owoc, ślimak jest rybą itd. Jeśli myślisz inaczej- uważaj. Możesz być uważany za osobę niepostępową. :P Dobrze, koniec żartów. Zaczynamy.


Podane we wstępie przykłady to tylko kropla w morzu absurdów, które nam narzuca UE.

Homoseksualizm

Próbuje się zatrzeć granicę pomiędzy kobietą a mężczyzną. Model rodziny również uległ zniekształceniu. Nie wyobrażam sobie zakazu mówienia "mamo" i "tato". Jak wyobrażacie sobie świat, gdzie dwóch przedstawicieli tej samej płci będzie adoptowało dzieci? Dla mnie jest to chore i absurdalne. W jaki sposób dwóch tatusiów będzie mogło porozmawiać ze swoją nastoletnią córką o jej dorastaniu? Jaki model rodziny będzie mieć dziecko wychowane w takim związku? Dążymy do samozagłady. Do tego te parady... Jeśli jesteś homo- dobrze. Zachowaj to dla siebie. Nie musisz wychodzić na ulicę i krzyczeć o tym wszystkim ludziom.
Jeżeli to jest postęp- ja wysiadam na najbliższym przystanku. Możesz mnie nazwać homofobem, katolem czy jak jeszcze chcesz. Ja po prostu bronię swoich zasad, które uważam za normalne i zdania w tej kwestii nie zmienię.

Edukacja seksualna


Wychowanie do życia w rodzinie? Ok. Może być to przydatne o ile będzie prowadzone przez osoby do tego przygotowane. Głupotą jest wg. mnie prowadzenie tych zajęć przez np. zakonnice i w tak wczesnym wieku dzieci. Dajmy im czas na zabawę zabawkami. Wiedza co to jest prezerwatywa i do czego się jej używa nie jest im potrzebna w tym wieku.

Równouprawnienie

Często w mediach jest głośno o dyskryminacji kobiet. Pojawiają się głosy, że kobiety są gorzej traktowane od mężczyzn, mniej zarabiają, nie mają takiego przebicia w polityce itd. Zatem drogie feministki: jeżeli już walczycie o to swoje równouprawnienie, to przyjmijcie na swoje barki wszystko co się z tym wiąże. Ktoś kiedyś powiedział: "Równouprawnienie kończy się w momencie gdy trzeba wnieść zakupy na dziesiąte piętro.".

Muzyka

Ile to razy po włączeniu radia słyszymy setny raz ten sam kawałek? Czy na świecie istnieje tylko 30 utworów? Dlaczego nie promujemy naszych artystów? Mamy tak wspaniałe zespoły, które nie mogą się przebić przez masówkę. Lepiej puścić jakiegoś anglojęzycznego gniota? Nie ma się co dziwić, że później poziom muzyczny spada drastycznie w dół, a dobre zespoły są znane tylko w bardzo wąskim gronie odbiorców.

Polityka

Politycy mają nas za bandę idiotów. Te same twarze, świnie wciąż przy korycie. Niestety jest w tym trochę i naszej winy. Wygodniej jest siedzieć na tyłku i nic nie robić. "Co ja mogę zrobić? Mój głos niczego nie zmieni." Wiesz co? Masz rację. Twój głos niczego nie zmieni. Pomyśl jednak, że takie same myśli ma w głowie spora ilość Polaków. Twój głos w pojedynkę nie ma szans. Jeśli jednak połączy się z kilkoma tysiącamy innych głosów- każdy z nich zyskuje znaczenie. Pewnie i tak to przeczytasz i olejesz. Po co się wysilać? Inni zrobią wszystko za Ciebie. Przecież Tobie jest dobrze. Masz dobre warunki w domu, zarabiasz tyle, że co miesiąc możesz odłożyć sporo gotówki, służba zdrowia działa wyśmienicie. Wszystko jest tak jak być powinno. Tylko później nie narzekaj, że coś jednak nie jest tak.

Niewolnictwo

Zapewne większości z Was kojarzy się to ze starożytnością. "Niewolnictwa przecież nie ma w Polsce". Zatem jak nazwiemy ciężką pracę za marne wynagrodzenie? Czy nie jest to forma wyzysku i ukrytego niewolnictwa? Wiele rodzin żyje na skraju nędzy. Nic się jednak z tym nie robi. Państwo ma ważniejsze rzeczy na głowie od dobra obywateli.


Źródło:
http://raaf115.blogspot.com/2014/11/postep.html

Plastic is not fantastic! – Jedna jednorazowa reklamówka produkowana zaledwie w sekundę, a użytkowana średnio przez około 25 minut, jest w stanie zanieczyścić naszą planetę nawet na 400 lat! Czy przyszłe pokolenia będą kojarzyć nas jedynie ze stertą nierozkładających się foliówek?

25 minut przyjemności

Czy zastanawialiście się kiedyś, ile toreb foliowych produkowanych jest rocznie na świecie? A nad tym, ile lat potrzeba, aby torba plastikowa uległa rozłożeniu? Podpowiemy wam. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Europejską Agencję Środowiska, jedna torebka foliowa używana jest średnio około 25 minut, a proces jej rozkładu trwa aż do 400 lat. To jeszcze nie koniec. Czy wiecie, że aż 4% światowego zużycia ropy naftowej wykorzystywane jest do produkcji właśnie foliówek? Ludzie na całym świecie zużywają około biliona sztuk "jednorazówek" rocznie. Ten bilion toreb waży 10 milionów ton i może zająć aż 10 milionów kilometrów kwadratowej powierzchni Ziemi!

Dlaczego ekotorba?

1. Ulega biodegradacji lub ponownemu przetworzeniu, dzięki czemu nie zatruwa środowiska naturalnego. Jeśli trafi na wysypisko śmieci, ulega rozkładowi w ciągu zaledwie 5 lat. W przypadku torby foliowej trwa to 80 razy dłużej.

2. Jest praktyczna, trwała i estetyczna. Często może nam służyć również jako torebka, jeśli ma ciekawy nadruk. Z plastikową torbą pod pachą raczej nikt nie chce paradować.

3. Można jej używać wielokrotnie - gdy się pobrudzi wyprać, gdy przedrze się w jakimś miejscu zacerować.

4. Jest tańsza od plastikowych reklamówek, jeśli weźmiemy pod uwagę czas jej eksploatacji. Koszt szmacianej torby to ok. 3 zł. Powinnam nam spokojnie starczyć na rok lub dwa lata użytkowania. Natomiast plastikowa reklamówka kosztuje około 80 gr. Powiedzmy, że w ciągu roku będziemy 52 razy na zakupach (przy założeniu, że robimy zakupy raz w tygodniu) i za każdym razem kupimy plastikową torbę, wtedy wydamy ok. 42 zł, czyli 14 razy więcej niż jeśli zabierzemy do sklepu własną torbę!

Zmieniajmy złe nawyki!
Zamiast tradycyjnych plastikowych reklamówek noście zawsze przy sobie szmaciane torby wielokrotnego użytku. Dajcie dobry przykład waszym pociechom. Łatwiej nauczyć się dobrych konsumenckich przyzwyczajeń niż wykorzenić złe nawyki. Ekologiczne torby można kupić w większości sklepów. A jeśli lubicie oryginalne dodatki, zapolujcie na designerskie reklamówki tworzone przez projektantów, które są dostępne w większości artystycznych butików internetowych. Znajdziecie je również na naszej platformie wymiankowej.

Zdrowy trend w Polsce
Odkryte pod koniec XIX w. tworzywa sztuczne niezbędne do produkcji "jednorazówek" może w końcu pójdą w odstawkę. Na szczęście sentymentem do plastikowych siatek z roku na rok słabnie. Wielu z nas odkryło już, że ekologiczne torby stanowią doskonałą alternatywę dla plastikowych reklamówek. Są praktyczne, wygodne w użyciu, trwalsze i pojemniejsze niż foliówki. Niestety, jest jeszcze sporo ludzi, którzy nie wyobrażają sobie codziennego życia bez, fruwających po ulicach lub szeleszczących w konarach drzew, jednorazówek. W Polsce rocznie wyrzuca się około 35 milionów plastikowych torebek - to 60 tys. ton odpadów, a biorąc pod uwagę surowce użyte do produkcji - mniej więcej 10 tysięcy ton ropy naftowej. Zakup torby ekologicznej to wydatek 3zł. To do nas należy decyzja: czy przyszłe pokolenia będą kojarzyć nas jedynie ze stertą nierozkładających się foliówek?

Plastic is not fantastic!

Jedna jednorazowa reklamówka produkowana zaledwie w sekundę, a użytkowana średnio przez około 25 minut, jest w stanie zanieczyścić naszą planetę nawet na 400 lat! Czy przyszłe pokolenia będą kojarzyć nas jedynie ze stertą nierozkładających się foliówek?

25 minut przyjemności

Czy zastanawialiście się kiedyś, ile toreb foliowych produkowanych jest rocznie na świecie? A nad tym, ile lat potrzeba, aby torba plastikowa uległa rozłożeniu? Podpowiemy wam. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Europejską Agencję Środowiska, jedna torebka foliowa używana jest średnio około 25 minut, a proces jej rozkładu trwa aż do 400 lat. To jeszcze nie koniec. Czy wiecie, że aż 4% światowego zużycia ropy naftowej wykorzystywane jest do produkcji właśnie foliówek? Ludzie na całym świecie zużywają około biliona sztuk "jednorazówek" rocznie. Ten bilion toreb waży 10 milionów ton i może zająć aż 10 milionów kilometrów kwadratowej powierzchni Ziemi!

Dlaczego ekotorba?

1. Ulega biodegradacji lub ponownemu przetworzeniu, dzięki czemu nie zatruwa środowiska naturalnego. Jeśli trafi na wysypisko śmieci, ulega rozkładowi w ciągu zaledwie 5 lat. W przypadku torby foliowej trwa to 80 razy dłużej.

2. Jest praktyczna, trwała i estetyczna. Często może nam służyć również jako torebka, jeśli ma ciekawy nadruk. Z plastikową torbą pod pachą raczej nikt nie chce paradować.

3. Można jej używać wielokrotnie - gdy się pobrudzi wyprać, gdy przedrze się w jakimś miejscu zacerować.

4. Jest tańsza od plastikowych reklamówek, jeśli weźmiemy pod uwagę czas jej eksploatacji. Koszt szmacianej torby to ok. 3 zł. Powinnam nam spokojnie starczyć na rok lub dwa lata użytkowania. Natomiast plastikowa reklamówka kosztuje około 80 gr. Powiedzmy, że w ciągu roku będziemy 52 razy na zakupach (przy założeniu, że robimy zakupy raz w tygodniu) i za każdym razem kupimy plastikową torbę, wtedy wydamy ok. 42 zł, czyli 14 razy więcej niż jeśli zabierzemy do sklepu własną torbę!

Zmieniajmy złe nawyki!
Zamiast tradycyjnych plastikowych reklamówek noście zawsze przy sobie szmaciane torby wielokrotnego użytku. Dajcie dobry przykład waszym pociechom. Łatwiej nauczyć się dobrych konsumenckich przyzwyczajeń niż wykorzenić złe nawyki. Ekologiczne torby można kupić w większości sklepów. A jeśli lubicie oryginalne dodatki, zapolujcie na designerskie reklamówki tworzone przez projektantów, które są dostępne w większości artystycznych butików internetowych. Znajdziecie je również na naszej platformie wymiankowej.

Zdrowy trend w Polsce
Odkryte pod koniec XIX w. tworzywa sztuczne niezbędne do produkcji "jednorazówek" może w końcu pójdą w odstawkę. Na szczęście sentymentem do plastikowych siatek z roku na rok słabnie. Wielu z nas odkryło już, że ekologiczne torby stanowią doskonałą alternatywę dla plastikowych reklamówek. Są praktyczne, wygodne w użyciu, trwalsze i pojemniejsze niż foliówki. Niestety, jest jeszcze sporo ludzi, którzy nie wyobrażają sobie codziennego życia bez, fruwających po ulicach lub szeleszczących w konarach drzew, jednorazówek. W Polsce rocznie wyrzuca się około 35 milionów plastikowych torebek - to 60 tys. ton odpadów, a biorąc pod uwagę surowce użyte do produkcji - mniej więcej 10 tysięcy ton ropy naftowej. Zakup torby ekologicznej to wydatek 3zł. To do nas należy decyzja: czy przyszłe pokolenia będą kojarzyć nas jedynie ze stertą nierozkładających się foliówek?

Zdrowe ziemniaki. – Cyt. „ Gdyby nie klęski głodu i wojny, a dokładniej – francuskiej rewolucji w 1789r – nikt by ich nie jadł. Głód był wówczas ogromny, a one dawały sytość, szybko i łatwo się mnożyły. Stały się więc idealnym i łatwo dostępnym pożywieniem dla Francuzów, Niemców (koniec XVIII wieku), a później reszty Europy. O czym mowa? O ziemniakach, bez których wiele osób nie wyobraża sobie codziennego obiadu.
Jak ziemniaki trafiły na nasze stoły?

Przed 1451 rokiem nikt w Europie o nich nie słyszał, bo trafiły tutaj z Krzysztofem Kolumbem, kiedy ten powrócił z nowo odkrytego kontynentu. Przez kolejnych 200 lat Europejczycy traktowali je jako pożywienie krów i świń. Nie było w tym nic dziwnego, bo nawet Indianie – rdzenni Amerykanie – nie wykorzystywali ich jako podstawy pożywienia (była nim skrobia kukurydziana) i karmili nimi zazwyczaj bydło. Głównie przez to, że należą do rodziny psiankowatych, a w tej rodzinie jest mnóstwo czarnych charakterów, które są trujące. Jeszcze pod koniec XVIII wieku uważano je w Europie za rośliny ozdobne, o czym później. 

Nie tylko solanina

W emaliowym kursie SOS W Kuchni jest taki odcinek, w którym opisuję dlaczego ziemniaki są trujące oraz jak je rozpoznać. Chodzi o bulwy z zieloną skórką – która powstaje, gdy ziemniak jest w ziemi odkryty i oddziaływuje na niego promieniowanie UV (słoneczne). Pojawia się u niego solanina, która jest toksyczna i trująca dla człowieka. Ale to nie wszystko.
Czy ziemniaki są trujące?

Otóż tak. Są. Nie tylko ziemniaki. Wszystkie rośliny – tak jak i zwierzęta – mają w sobie coś, co nazywa się systemem immunologicznym. U zwierząt wygląda on inaczej niż u roślin – jednak jego działanie sprowadza się to jednej kwestii – sprawić, aby roślina lub zwierze oparły się infekcji i przeżyły ją wydając na świat kolejne pokolenia.

Rośliny mają kilkanaście toksycznych substancji w swoim arsenale i rażą nimi wszystkich amatorówich łodyg, liści, nasion czy owoców. Niektóre toksyny działają na wszystkich, inne tylko na niektóre istoty. Wystarczy jeść świeże pestki z dyni – kurkubitacyna zawarta w cieniutkiej błonie chroniącej nasionko jest tak silną trucizną że z łatwością może porazić, a nawet zabić tasiemca w Twoim jelicie. Dynia robi to po to, aby uchronić nasiona przed robakami, które chętnie pożywiłyby się nimi. Innym przykładem jest kwas erukowy zawarty w rzepaku (powoduje uszkodzenia serca i narządów wewn.).

Mechanizmów obrony jest masa, nie wszystkie są toksyczne dla człowieka, ale jak mawiał Paracelsus – wszystko jest trucizną i nic nią nie jest – to dawka czyni truciznę. I dopóki świeże nasiona dyni jemy w ilości 200 szt na rok nie ma problemu. Jeśli stałyby się podstawą naszego pożywienia (np. 200 gramów dziennie), wówczas toksyny oddziaływałyby na nas podobnie jak na tasiemca czy inne glisty.
Ziemniaki są podstawą pożywienia

Wróćmy do ziemniaków. Jak wspomniałem, one również zawierają toksyny szkodliwe dla człowieka. I problem w tym, że u większości ludzi ziemniaki stanowią taką właśnie podstawę żywieniową. Zboża również (również zawierają mnóstwo toksyn), ale ten tekst poświęcam ziemniakom i to na nich się skupię. Nie są już traktowane jak dodatek do dań, ale są daniem samym w sobie, które znajduje się na każdym talerzu w Polsce (i na świecie) przynajmniej kilka razy w tygodniu.
I co z tego?

Możesz zapytać – i co z tego? Ja kupuję ziemniaki, które nie są zielone więc nie mają tej toksycznej solaniny! Nic nie szkodzi. I tak stopniowo się zatruwasz. Czym? Innymi glikoalkaloidami, do których należy solanina.
Czym są glikoalkaloidy?

Glikoalkaloidy pełnią w ziemniakach funkcję ochronną – są jak białe krwinki w ludzkim układzie odpodnościowym. Jeśli tylko bulwa zostanie mechanicznie uszkodzona – albo wystarczy, że zostanie wystawiona na działanie światła (niekoniecznie słonecznego) wówczas glikoalkaloidy gromadzą się wokół tej „rany” aby ochronić żywotność bulwy i umożliwić jej wykiełkowanie.

Glikoalkaloidów najwięcej jest w bulwach młodych, nie do końca dojrzałych ziemniaków (tak, to tzw.„młode ziemniaki”), oraz wszystkich innych, które są uszkodzone lub wystawione na działanie światła. Zawierają je również zielone pomidory (tomatydyna, ona jednak jest mniej toksyczna) i zielona (niedojrzała) papryka. Glikoalkaloidy działają toksycznie na centralny układ nerwowy i powodują zaburzenia ze strony układu pokarmowego. Mogą powodować także śmierć.

Żeby nie było niedomówień: szkodliwe działanie alkaloidów zostało naukowo udowodnione , dlatego FAO/WHO ustaliły dopuszczalne najwyższe stężenie tych związków w ziemniakach i wynosi ono 1-10mg na 100g bulwy ziemniaka. W zasadzie nie można importować ani handlować ziemniakami, które mają wyższe stężenia.
No to w czym problem, skoro ktoś tego pilnuje?

Ano w tym, że choć ziemniaki, które właśnie przyleciały z Izraela/Maroko/Grecji czy innej Portugalii mieszczą się w normach ustalonych przez FAO/WHO to nie znaczy, nie są toksyczne. Oto dlaczego:

Dawka śmiertelna (wg różnych badań) wynosi 2-6 mg glikoalkaloidów na 1 kg masy ciała człowieka. Innymi słowy: jeśli dziecko waży 25kg, może umrzeć po spożyciu dawki (przyjmę niższą dawkę 2g/1kg masy ciała) 50 mg tego związku na dobę (źródło tutaj i tutaj).
Teraz matematyka kuchenna : gdyby dziecko jadło ziemniaki „certyfikowane” przez FAO/WHO mogłoby ich zjeść w najlepszym wypadku 5kg. Pięć kilo ziemniaków na dobę do ogromna ilość nawet dla faceta, nie mówiąc o dziecku prawda? Czyli jednak nie ma się czym przejmować.
Łyżka dziegciu

Wrzućmy do tej beczki miodu łyżkę dziegciu. Łyżka jest duża, znajduje się tutaj, jest po polsku w pdf. Są to badania, pokazujące jak zmienia się zawartość glikoalkaloidów w różnych odmianach ziemniaków pod wpływem światła „sklepowego” oraz uszkodzeń mechanicznych. Lektura nie jest ani długa, ani trudna a tabelki na końcu mówią wszystko.

Okazuje się, że ziemniaki, które zostały uszkodzone oraz przechowywane w świetle (a to ma miejsce w sklepach) „zyskują” nawet 200% tych toksycznych związków osiągając wartość ponad 200mg/1kg – czyli 20mg na 100g – a więc 20 razy więcej niż na to pozwala norma WHOprzytoczona powyżej.

Przypominam – dawka śmiertelna to 2-6mg/1kg masy ciała. Dla dziecka o wadze 25kg wyniesie 50mg. A więc wystarczy, aby zjadło 250g takich ziemniaków i może umrzeć. Powyższa kalkulacja dotyczy ziemniaków całych (czyli np. młodych, które praktycznie nie są obierane a jedynie skrobane). Po ich grubym obraniu poziom glikoalkaloidów zmniejszył się do 130 ale nadal pozostaje dramatycznie wysoki. Tak czy inaczej przyznasz, że zjedzenie przez dziecko w ciągu doby 250g ziemniaków jest już bardziej prawdopodobne niż pierwotnie założone 5kg, gdzyby miały one rzeczywiście 1mg/100g tak jak chciało tego WHO. 

Eeee… coś tu ściemniasz.

Ktoś powie – bredzisz, bo tak: jesteś wielkim chłopem, który może przyswoić 4x więcej tej toksyny niż 25kg dziecko. Cztery razy więcej czyli 200mg. Czyli 1 kg takich ziemniaków. Rzeczywiście, to dużo ziemniaków i nie znam osób, które jadłyby tyle codziennie, na osobę.

I w końcu – kupuję w markecie tylko ładne ziemniaki. Racja. Nie ma tam uszkodzonych.

Wyjdę od końca:

    stan ziemniaków w marketach jest koszmarny. Dzisiaj nie da się już kupić normalnych ziemniaków z ziemią bo wszyscy chcą mieć czyste i płukane. A jak się je płuka? W bębnie z wodą. Wówczas właśnie ulegają uszkodzeniom (tak jak obite jabłka, które czernieją pod skórką) i tam gromadzą się ochronne toksyny. Druga sprawa:
    nikt nie je aż tylu ziemniaków codziennie. Ale większość ludzi je je w nadmiarze, bo stanowią podstawę diety. Je je codziennie stale zwiększając stężenie toksyn, dodatkowo obciążając wątrobę ich utylizacją, z którą często nie potrafi nadążyć. Ujmę to tak: można codziennie spożywać minimalne, dozwolone ilości rtęci, ale to nie oznacza, że jest to bez znaczenia dla organizmu, który może się upomnieć o swoje za kilkanaście lat. I ostatnie – najgorsze właśnie jest to, że dorośli mają większe organizmy i większe wątroby – ich ciało łatwiej poradzi sobie z toksynami. A co z dziećmi? I na koniec wisienka:
    jeśli na serio nadal twierdzisz, że ziemniaki są ok, bo są selekconowane pod względem minimalnej ilości glikoalkaloidów zrób mały test: zjedz na surowo jednego małego ziemniaka i opisz mi później swoje samopoczucie.

Jeśli temat ziemniaków oraz glikoalkaloidów Cię interesuje (np. przez wzgląd na naukę lub pracę)zainteresuje Cię z pewnością  to świetne podsumowanie badań  (na szczurach, chomikach, królikach i ludziach).
Ale ja lubię ziemniaki! Jest jakieś wyjście?

Jest. Po pierwsze nigdy, przenigdy nie daj się skusić na gotowanie ziemniaków w mundurkach(nawet do sałatek) bo pod skórą (3mm grubości) stężenie tych toksyn jest najwyższe (może sięgać nawet 405mg/1kg)! Stąd też wskazane jest grube obieranie wszystkich ziemniaków (zwłaszcza „młodych”) bo to usuwa większość toksyn. W przypadku ziemniaków frazesy o witaminach zgromadzonych tuż pod skórką to bujda.

Druga sprawa – glikoalkaloidy można częściowo zniszczyć w temperaturze powyżej 170 stopni więc ziemniaki w postaci frytek czy placków ziemniaczanych zawierają ich mniej (gotowanie ich nie usuwa, jedynie wypłukuje a potem ziemniaki gotują się w takiej „zupie”). Innym sposobem może być ziemniak z piekarnika albo z grilla, bo tam temperatura sięga 200 i więcej stopni.

Korzystając z okazji – oto mój ulubiony sposób na ziemniaki z grilla. Zwyczajnie sypię je solą, dodaję czosnek i zawijam w folię aluminiową, a potem wędrują na grill:

Z resztą traktowanie warzyw ogniem ma dużo głębsze korzenie w polskiej kuchni, niż może się to wydawać. Popatrz:
Skąd pochodzi słowo „warzywa”?

Warzywa sprowadziła do Polski królowa Bona z Włoch. Stąd niektóre z nich nazywa się „włoszczyzną” (kalafior, seler, por, kalarepa). Ale wiele warzyw było znanych w Polsce wcześniej, choćby dzięki klasztornym mnichom oraz naturalnemu występowaniu pewnych roślin w naszej strefie klimatycznej.

Słowo „warzywa” pochodzi od polskiego słowa „warzyć” czyli doprowadzać do wrzenia, poddwać działaniu wysokiej temperatury (używa się też słowa jarzyny które pochodzi od jarej pory roku – czyli wiosennej, kiedy warzywa są sadzone).Skąd taka etymologia?

Większość warzyw ma dzikich przodków i na skutek hodowli i krzyżowania powiększono u nich jadalne części i ale tylko w niewielu przypadkach udało się wyeliminować lub znacznie zredukować zawartość toksyn, które występują w ich dzikich kuzynach.

Stąd poddawanie ich wysokiej temperaturze sprawia, że wiele związków toksycznych jest z nich usuwanych podczas pieczenia czy wypłukiwanych przy gotowaniu. Nie jestem lingwistą (znam angielski i niemiecki), ale chyba tylko w języku polskim taka etymologia wskazuje na sposób ich traktowania przed spożyciem (ang: vegetables, hiszp: verduras, niem: Gemüse).

A na koniec wrócę do walorów estetycznych ziemniaków. Ludwik XVI interesował się nie samą bulwą ale jej kwiatem, który był modnym dodatkiem do męskich kapeluszy. Dzisiaj – żele kosmetyczne zawierające glikoalkaloidy są sprzedawane na świecie jako doskonałe substancje które złuszczają naskórek (peeling).

Podsumowując, jedz kilkanaście ziemniaków tygodniowo. A najlepiej, traktuj je tak, jak wtedy, kiedy przybyły do Europy jako ciekawostka botaniczna.

Autor: Rafał Mróz

Źródło: ziolaiprzyprawy.info

Zdrowe ziemniaki.

Cyt. „ Gdyby nie klęski głodu i wojny, a dokładniej – francuskiej rewolucji w 1789r – nikt by ich nie jadł. Głód był wówczas ogromny, a one dawały sytość, szybko i łatwo się mnożyły. Stały się więc idealnym i łatwo dostępnym pożywieniem dla Francuzów, Niemców (koniec XVIII wieku), a później reszty Europy. O czym mowa? O ziemniakach, bez których wiele osób nie wyobraża sobie codziennego obiadu.
Jak ziemniaki trafiły na nasze stoły?

Przed 1451 rokiem nikt w Europie o nich nie słyszał, bo trafiły tutaj z Krzysztofem Kolumbem, kiedy ten powrócił z nowo odkrytego kontynentu. Przez kolejnych 200 lat Europejczycy traktowali je jako pożywienie krów i świń. Nie było w tym nic dziwnego, bo nawet Indianie – rdzenni Amerykanie – nie wykorzystywali ich jako podstawy pożywienia (była nim skrobia kukurydziana) i karmili nimi zazwyczaj bydło. Głównie przez to, że należą do rodziny psiankowatych, a w tej rodzinie jest mnóstwo czarnych charakterów, które są trujące. Jeszcze pod koniec XVIII wieku uważano je w Europie za rośliny ozdobne, o czym później.

Nie tylko solanina

W emaliowym kursie SOS W Kuchni jest taki odcinek, w którym opisuję dlaczego ziemniaki są trujące oraz jak je rozpoznać. Chodzi o bulwy z zieloną skórką – która powstaje, gdy ziemniak jest w ziemi odkryty i oddziaływuje na niego promieniowanie UV (słoneczne). Pojawia się u niego solanina, która jest toksyczna i trująca dla człowieka. Ale to nie wszystko.
Czy ziemniaki są trujące?

Otóż tak. Są. Nie tylko ziemniaki. Wszystkie rośliny – tak jak i zwierzęta – mają w sobie coś, co nazywa się systemem immunologicznym. U zwierząt wygląda on inaczej niż u roślin – jednak jego działanie sprowadza się to jednej kwestii – sprawić, aby roślina lub zwierze oparły się infekcji i przeżyły ją wydając na świat kolejne pokolenia.

Rośliny mają kilkanaście toksycznych substancji w swoim arsenale i rażą nimi wszystkich amatorówich łodyg, liści, nasion czy owoców. Niektóre toksyny działają na wszystkich, inne tylko na niektóre istoty. Wystarczy jeść świeże pestki z dyni – kurkubitacyna zawarta w cieniutkiej błonie chroniącej nasionko jest tak silną trucizną że z łatwością może porazić, a nawet zabić tasiemca w Twoim jelicie. Dynia robi to po to, aby uchronić nasiona przed robakami, które chętnie pożywiłyby się nimi. Innym przykładem jest kwas erukowy zawarty w rzepaku (powoduje uszkodzenia serca i narządów wewn.).

Mechanizmów obrony jest masa, nie wszystkie są toksyczne dla człowieka, ale jak mawiał Paracelsus – wszystko jest trucizną i nic nią nie jest – to dawka czyni truciznę. I dopóki świeże nasiona dyni jemy w ilości 200 szt na rok nie ma problemu. Jeśli stałyby się podstawą naszego pożywienia (np. 200 gramów dziennie), wówczas toksyny oddziaływałyby na nas podobnie jak na tasiemca czy inne glisty.
Ziemniaki są podstawą pożywienia

Wróćmy do ziemniaków. Jak wspomniałem, one również zawierają toksyny szkodliwe dla człowieka. I problem w tym, że u większości ludzi ziemniaki stanowią taką właśnie podstawę żywieniową. Zboża również (również zawierają mnóstwo toksyn), ale ten tekst poświęcam ziemniakom i to na nich się skupię. Nie są już traktowane jak dodatek do dań, ale są daniem samym w sobie, które znajduje się na każdym talerzu w Polsce (i na świecie) przynajmniej kilka razy w tygodniu.
I co z tego?

Możesz zapytać – i co z tego? Ja kupuję ziemniaki, które nie są zielone więc nie mają tej toksycznej solaniny! Nic nie szkodzi. I tak stopniowo się zatruwasz. Czym? Innymi glikoalkaloidami, do których należy solanina.
Czym są glikoalkaloidy?

Glikoalkaloidy pełnią w ziemniakach funkcję ochronną – są jak białe krwinki w ludzkim układzie odpodnościowym. Jeśli tylko bulwa zostanie mechanicznie uszkodzona – albo wystarczy, że zostanie wystawiona na działanie światła (niekoniecznie słonecznego) wówczas glikoalkaloidy gromadzą się wokół tej „rany” aby ochronić żywotność bulwy i umożliwić jej wykiełkowanie.

Glikoalkaloidów najwięcej jest w bulwach młodych, nie do końca dojrzałych ziemniaków (tak, to tzw.„młode ziemniaki”), oraz wszystkich innych, które są uszkodzone lub wystawione na działanie światła. Zawierają je również zielone pomidory (tomatydyna, ona jednak jest mniej toksyczna) i zielona (niedojrzała) papryka. Glikoalkaloidy działają toksycznie na centralny układ nerwowy i powodują zaburzenia ze strony układu pokarmowego. Mogą powodować także śmierć.

Żeby nie było niedomówień: szkodliwe działanie alkaloidów zostało naukowo udowodnione , dlatego FAO/WHO ustaliły dopuszczalne najwyższe stężenie tych związków w ziemniakach i wynosi ono 1-10mg na 100g bulwy ziemniaka. W zasadzie nie można importować ani handlować ziemniakami, które mają wyższe stężenia.
No to w czym problem, skoro ktoś tego pilnuje?

Ano w tym, że choć ziemniaki, które właśnie przyleciały z Izraela/Maroko/Grecji czy innej Portugalii mieszczą się w normach ustalonych przez FAO/WHO to nie znaczy, nie są toksyczne. Oto dlaczego:

Dawka śmiertelna (wg różnych badań) wynosi 2-6 mg glikoalkaloidów na 1 kg masy ciała człowieka. Innymi słowy: jeśli dziecko waży 25kg, może umrzeć po spożyciu dawki (przyjmę niższą dawkę 2g/1kg masy ciała) 50 mg tego związku na dobę (źródło tutaj i tutaj).
Teraz matematyka kuchenna : gdyby dziecko jadło ziemniaki „certyfikowane” przez FAO/WHO mogłoby ich zjeść w najlepszym wypadku 5kg. Pięć kilo ziemniaków na dobę do ogromna ilość nawet dla faceta, nie mówiąc o dziecku prawda? Czyli jednak nie ma się czym przejmować.
Łyżka dziegciu

Wrzućmy do tej beczki miodu łyżkę dziegciu. Łyżka jest duża, znajduje się tutaj, jest po polsku w pdf. Są to badania, pokazujące jak zmienia się zawartość glikoalkaloidów w różnych odmianach ziemniaków pod wpływem światła „sklepowego” oraz uszkodzeń mechanicznych. Lektura nie jest ani długa, ani trudna a tabelki na końcu mówią wszystko.

Okazuje się, że ziemniaki, które zostały uszkodzone oraz przechowywane w świetle (a to ma miejsce w sklepach) „zyskują” nawet 200% tych toksycznych związków osiągając wartość ponad 200mg/1kg – czyli 20mg na 100g – a więc 20 razy więcej niż na to pozwala norma WHOprzytoczona powyżej.

Przypominam – dawka śmiertelna to 2-6mg/1kg masy ciała. Dla dziecka o wadze 25kg wyniesie 50mg. A więc wystarczy, aby zjadło 250g takich ziemniaków i może umrzeć. Powyższa kalkulacja dotyczy ziemniaków całych (czyli np. młodych, które praktycznie nie są obierane a jedynie skrobane). Po ich grubym obraniu poziom glikoalkaloidów zmniejszył się do 130 ale nadal pozostaje dramatycznie wysoki. Tak czy inaczej przyznasz, że zjedzenie przez dziecko w ciągu doby 250g ziemniaków jest już bardziej prawdopodobne niż pierwotnie założone 5kg, gdzyby miały one rzeczywiście 1mg/100g tak jak chciało tego WHO.

Eeee… coś tu ściemniasz.

Ktoś powie – bredzisz, bo tak: jesteś wielkim chłopem, który może przyswoić 4x więcej tej toksyny niż 25kg dziecko. Cztery razy więcej czyli 200mg. Czyli 1 kg takich ziemniaków. Rzeczywiście, to dużo ziemniaków i nie znam osób, które jadłyby tyle codziennie, na osobę.

I w końcu – kupuję w markecie tylko ładne ziemniaki. Racja. Nie ma tam uszkodzonych.

Wyjdę od końca:

stan ziemniaków w marketach jest koszmarny. Dzisiaj nie da się już kupić normalnych ziemniaków z ziemią bo wszyscy chcą mieć czyste i płukane. A jak się je płuka? W bębnie z wodą. Wówczas właśnie ulegają uszkodzeniom (tak jak obite jabłka, które czernieją pod skórką) i tam gromadzą się ochronne toksyny. Druga sprawa:
nikt nie je aż tylu ziemniaków codziennie. Ale większość ludzi je je w nadmiarze, bo stanowią podstawę diety. Je je codziennie stale zwiększając stężenie toksyn, dodatkowo obciążając wątrobę ich utylizacją, z którą często nie potrafi nadążyć. Ujmę to tak: można codziennie spożywać minimalne, dozwolone ilości rtęci, ale to nie oznacza, że jest to bez znaczenia dla organizmu, który może się upomnieć o swoje za kilkanaście lat. I ostatnie – najgorsze właśnie jest to, że dorośli mają większe organizmy i większe wątroby – ich ciało łatwiej poradzi sobie z toksynami. A co z dziećmi? I na koniec wisienka:
jeśli na serio nadal twierdzisz, że ziemniaki są ok, bo są selekconowane pod względem minimalnej ilości glikoalkaloidów zrób mały test: zjedz na surowo jednego małego ziemniaka i opisz mi później swoje samopoczucie.

Jeśli temat ziemniaków oraz glikoalkaloidów Cię interesuje (np. przez wzgląd na naukę lub pracę)zainteresuje Cię z pewnością to świetne podsumowanie badań (na szczurach, chomikach, królikach i ludziach).
Ale ja lubię ziemniaki! Jest jakieś wyjście?

Jest. Po pierwsze nigdy, przenigdy nie daj się skusić na gotowanie ziemniaków w mundurkach(nawet do sałatek) bo pod skórą (3mm grubości) stężenie tych toksyn jest najwyższe (może sięgać nawet 405mg/1kg)! Stąd też wskazane jest grube obieranie wszystkich ziemniaków (zwłaszcza „młodych”) bo to usuwa większość toksyn. W przypadku ziemniaków frazesy o witaminach zgromadzonych tuż pod skórką to bujda.

Druga sprawa – glikoalkaloidy można częściowo zniszczyć w temperaturze powyżej 170 stopni więc ziemniaki w postaci frytek czy placków ziemniaczanych zawierają ich mniej (gotowanie ich nie usuwa, jedynie wypłukuje a potem ziemniaki gotują się w takiej „zupie”). Innym sposobem może być ziemniak z piekarnika albo z grilla, bo tam temperatura sięga 200 i więcej stopni.

Korzystając z okazji – oto mój ulubiony sposób na ziemniaki z grilla. Zwyczajnie sypię je solą, dodaję czosnek i zawijam w folię aluminiową, a potem wędrują na grill:

Z resztą traktowanie warzyw ogniem ma dużo głębsze korzenie w polskiej kuchni, niż może się to wydawać. Popatrz:
Skąd pochodzi słowo „warzywa”?

Warzywa sprowadziła do Polski królowa Bona z Włoch. Stąd niektóre z nich nazywa się „włoszczyzną” (kalafior, seler, por, kalarepa). Ale wiele warzyw było znanych w Polsce wcześniej, choćby dzięki klasztornym mnichom oraz naturalnemu występowaniu pewnych roślin w naszej strefie klimatycznej.

Słowo „warzywa” pochodzi od polskiego słowa „warzyć” czyli doprowadzać do wrzenia, poddwać działaniu wysokiej temperatury (używa się też słowa jarzyny które pochodzi od jarej pory roku – czyli wiosennej, kiedy warzywa są sadzone).Skąd taka etymologia?

Większość warzyw ma dzikich przodków i na skutek hodowli i krzyżowania powiększono u nich jadalne części i ale tylko w niewielu przypadkach udało się wyeliminować lub znacznie zredukować zawartość toksyn, które występują w ich dzikich kuzynach.

Stąd poddawanie ich wysokiej temperaturze sprawia, że wiele związków toksycznych jest z nich usuwanych podczas pieczenia czy wypłukiwanych przy gotowaniu. Nie jestem lingwistą (znam angielski i niemiecki), ale chyba tylko w języku polskim taka etymologia wskazuje na sposób ich traktowania przed spożyciem (ang: vegetables, hiszp: verduras, niem: Gemüse).

A na koniec wrócę do walorów estetycznych ziemniaków. Ludwik XVI interesował się nie samą bulwą ale jej kwiatem, który był modnym dodatkiem do męskich kapeluszy. Dzisiaj – żele kosmetyczne zawierające glikoalkaloidy są sprzedawane na świecie jako doskonałe substancje które złuszczają naskórek (peeling).

Podsumowując, jedz kilkanaście ziemniaków tygodniowo. A najlepiej, traktuj je tak, jak wtedy, kiedy przybyły do Europy jako ciekawostka botaniczna.

Autor: Rafał Mróz

Źródło: ziolaiprzyprawy.info

Samo zdrowie – Nie w apteczce, a na półce z przyprawami znajdziecie najlepsze medykamenty na przeziębienie. Nie biegnijcie z byle kichnięciem do lekarza – idźcie do kuchni!!! 

Łamie w kościach, leci z nosa, a drapanie w gardle doprowadza w nocy do szału? To znak, że zaczęła się jesień. Wraz z nią, poza pluchą, nadciągają paskudne wirusy i bakterie, które będą nas nękać aż do wiosny. Lekarze już teraz ostrzegają przed kolejną pandemią grypy. Zanim zasmarkani staniecie w niemniej zasmarkanej i kaszlącej kolejce do lekarza (gdzie zarazków jest pewnie więcej niż na krawacie pana doktora), sięgnijcie po domowe sposoby na przeziębienie. 

Nie musicie za bardzo wyciągać ręki, wystarczy zajrzeć do kuchennej szafki. Przyprawy do mięsa, zupy, kompotu czy ciasta nie tylko podkreślają smak jedzenia, ale i leczą. Nieraz bardziej skutecznie niż wysuszające gardło czy nos krople lub pastylki do ssania. Generalnie będzie ostro, słono i kwaśno. Tak się składa, że najskuteczniej radzą sobie z wirusami przyprawy lub zioła, które trzeba stosować z umiarem, bo ich smak jest wybitnie wyrazisty (delikatnie mówiąc) dzięki rozmaitym olejkom eterycznym – pachnącym i zarazem leczniczym.

Gdy dopada grypa lub jakieś grypopodobne choróbsko z dreszczami, szybko poszukajcie wśród torebek z przyprawami pieprzu kajeńskiego. Tę świetną pikantną przyprawę do serów, farszów mięsnych i jarzyn, sałatek, surówek, sosów, jajek zna pewnie każdy. Mieszkańcy Karaibów pogryzają ziarna cayenne jak owoce. Zawarta w nich kapsaicyna działa podobnie do witamin C, E i A – ratuje przed chorobami serca i chroni przed rakiem. Znajdziecie ją w rozgrzewających plastrach przeciwbólowych i maściach na rwę kulszową.

Możecie sami przygotować napój, który sprawi, że natychmiast zrobi się wam gorąco. Do szklanki ciepłej wody wyciśnijcie sok z cytryny, dodajcie dwie łyżeczki miodu, szczyptę cayenne, wymieszajcie i wypijcie, zanim ostygnie. Możecie też pół łyżeczki pieprzu zalać połową szklanki wrzątku, przykryć i parzyć przez 10 minut. Napar trzeba przecedzić, a potem wypić w ciągu dnia (przed posiłkami do filiżanki z gorącą wodą lub herbaty osłodzonej miodem dodawajcie dwie łyżeczki naparu). Po dwóch, trzech dniach staniecie na nogi. Naparem można też płukać zaczerwienione gardło. 

W kuchni, zwłaszcza jesienią, nie powinno zabraknąć imbiru – ten powyginany i pękaty korzeń (tak świeży, jak i sproszkowany) ułatwia trawienie, łagodzi mdłości, zbija wysoki cholesterol. Azjaci dosypują go do wszelkich potraw – zimnych, ciepłych, słodkich, słonych i kwaśnych, bo smakuje i pomaga w każdej z nich. Leczy bóle głowy, stawów, rozgrzewa. Ma tak piekący smak, że trzeba go stosować z umiarem. Jak? Najlepiej w herbacie. Korzeń imbiru pokrójcie w plasterki i dwa lub trzy wrzućcie do filiżanki na koniec parzenia. Żeby wzmocnić jego działanie, dodajcie też cytrynę. Napój błyskawicznie rozgrzewa, wywołuje poty. A więc pijemy herbatę i myk pod koc. Imbirem mielonym warto przyprawiać pierniczki, pieczone jabłka, zupy. Będą nie tylko wykwintnie pachnieć, ale i gromić zarazki.

Podobnie goździki – dodaje się je do grzańca nie tylko dla smaku i zapachu. Gdy zaczyna ciec z nosa i drapać w gardle, warto je żuć jak gumę. Ich olejki działają przeciwbólowo (doskonałe, gdy dokucza ząb) i odkażająco. Dosypywany do mięs czy zup tymianek jest z kolei bezkonkurencyjny przy katarze. I w postaci wonnej herbaty dosłodzonej miodem, i jako napar do kąpieli.
Jałowiec dawniej był w każdej chałupie, bo kto widział przyzwoitą kiełbasę albo dziczyznę bez jego korzennych kuleczek. Teraz trudno go kupić, ale można sobie nazbierać na spacerze w lesie – akurat jest dobra pora, po pierwszych przymrozkach. Zrywajcie te granatowe, są dojrzałe i najlepiej pachną. Ususzone przydadzą się do aromatycznych marynat i jako… pastylki przeciw grypie. Warto je nosić w pudełeczku w kieszeni i żuć codziennie po jednej lub dwie, zwłaszcza w czasie epidemii kichania.

O soli lekarze mawiają, że to biała śmierć. Rzeczywiście, sypana bez umiaru do jedzenia szkodzi na serce i rujnuje układ krążenia. Ale gdy łapie przeziębienie, a w domu nie ma żadnych aptecznych specyfików, warto po prostu wsadzić w nią nogi. Do miski wlewamy letnią wodę, do niej wsypujemy garść soli. To wszystko. Wkładamy do tej kąpieli stopy po kostki i dolewamy wrzątku, gdy tylko zaczyna stygnąć. Potem wycieramy nogi, zakładamy wełniane skarpety i kładziemy się do łóżka.

Wreszcie najzwyklejszy ocet spirytusowy. Dobry, jak się okazuje, nie tylko do grzybków, ogórków i na ukąszenia owadów, ale i na kaszel. Na pół szklanki letniej wody bierzemy dwie łyżeczki octu i płuczemy chore gardło. Ocet wybija bakterie i dezynfekuje.

PRZEPISY

Miód z goździkami
Do filiżanki miodu włóż sześć goździków i wstaw na noc do lodówki. Rano wyjmij goździki i syrop gotowy – gdy drapie w gardle, bierz trzy razy dziennie po łyżeczce do herbaty. Goździki łagodzą ból, miód nawilża śluzówkę i działa przeciwbakteryjnie.

Tymiankowa inhalacja
Kilka kropli olejku tymiankowego lub herbaty tymiankowej (łyżkę ziółka parzymy w szklance wrzątku) wlej do ciepłej kąpieli. Pomaga przy zapaleniach oskrzeli, łagodzi skurcze. Działa przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie.

Napar z cebuli
Plaster cebuli zalej dwiema szklankami wrzątku i odstaw pod pokrywką na 20 minut. Gdy przestygnie – przecedź, dodaj odrobinę miodu i wypij. Ułatwia oddychanie.

Imbirowy napój
Dwucentymetrowy korzeń imbiru posiekaj, zalej szklanką wrzątku, dopraw szczyptą cynamonu. Gotuj przez kwadrans, przecedź. Możesz wlać trzy kropelki cytryny i odrobinę miodu. Pij ciepły. Rozgrzewa, pomaga zwalczyć grypę. 

Joanna Halena

Samo zdrowie

Nie w apteczce, a na półce z przyprawami znajdziecie najlepsze medykamenty na przeziębienie. Nie biegnijcie z byle kichnięciem do lekarza – idźcie do kuchni!!!

Łamie w kościach, leci z nosa, a drapanie w gardle doprowadza w nocy do szału? To znak, że zaczęła się jesień. Wraz z nią, poza pluchą, nadciągają paskudne wirusy i bakterie, które będą nas nękać aż do wiosny. Lekarze już teraz ostrzegają przed kolejną pandemią grypy. Zanim zasmarkani staniecie w niemniej zasmarkanej i kaszlącej kolejce do lekarza (gdzie zarazków jest pewnie więcej niż na krawacie pana doktora), sięgnijcie po domowe sposoby na przeziębienie.

Nie musicie za bardzo wyciągać ręki, wystarczy zajrzeć do kuchennej szafki. Przyprawy do mięsa, zupy, kompotu czy ciasta nie tylko podkreślają smak jedzenia, ale i leczą. Nieraz bardziej skutecznie niż wysuszające gardło czy nos krople lub pastylki do ssania. Generalnie będzie ostro, słono i kwaśno. Tak się składa, że najskuteczniej radzą sobie z wirusami przyprawy lub zioła, które trzeba stosować z umiarem, bo ich smak jest wybitnie wyrazisty (delikatnie mówiąc) dzięki rozmaitym olejkom eterycznym – pachnącym i zarazem leczniczym.

Gdy dopada grypa lub jakieś grypopodobne choróbsko z dreszczami, szybko poszukajcie wśród torebek z przyprawami pieprzu kajeńskiego. Tę świetną pikantną przyprawę do serów, farszów mięsnych i jarzyn, sałatek, surówek, sosów, jajek zna pewnie każdy. Mieszkańcy Karaibów pogryzają ziarna cayenne jak owoce. Zawarta w nich kapsaicyna działa podobnie do witamin C, E i A – ratuje przed chorobami serca i chroni przed rakiem. Znajdziecie ją w rozgrzewających plastrach przeciwbólowych i maściach na rwę kulszową.

Możecie sami przygotować napój, który sprawi, że natychmiast zrobi się wam gorąco. Do szklanki ciepłej wody wyciśnijcie sok z cytryny, dodajcie dwie łyżeczki miodu, szczyptę cayenne, wymieszajcie i wypijcie, zanim ostygnie. Możecie też pół łyżeczki pieprzu zalać połową szklanki wrzątku, przykryć i parzyć przez 10 minut. Napar trzeba przecedzić, a potem wypić w ciągu dnia (przed posiłkami do filiżanki z gorącą wodą lub herbaty osłodzonej miodem dodawajcie dwie łyżeczki naparu). Po dwóch, trzech dniach staniecie na nogi. Naparem można też płukać zaczerwienione gardło.

W kuchni, zwłaszcza jesienią, nie powinno zabraknąć imbiru – ten powyginany i pękaty korzeń (tak świeży, jak i sproszkowany) ułatwia trawienie, łagodzi mdłości, zbija wysoki cholesterol. Azjaci dosypują go do wszelkich potraw – zimnych, ciepłych, słodkich, słonych i kwaśnych, bo smakuje i pomaga w każdej z nich. Leczy bóle głowy, stawów, rozgrzewa. Ma tak piekący smak, że trzeba go stosować z umiarem. Jak? Najlepiej w herbacie. Korzeń imbiru pokrójcie w plasterki i dwa lub trzy wrzućcie do filiżanki na koniec parzenia. Żeby wzmocnić jego działanie, dodajcie też cytrynę. Napój błyskawicznie rozgrzewa, wywołuje poty. A więc pijemy herbatę i myk pod koc. Imbirem mielonym warto przyprawiać pierniczki, pieczone jabłka, zupy. Będą nie tylko wykwintnie pachnieć, ale i gromić zarazki.

Podobnie goździki – dodaje się je do grzańca nie tylko dla smaku i zapachu. Gdy zaczyna ciec z nosa i drapać w gardle, warto je żuć jak gumę. Ich olejki działają przeciwbólowo (doskonałe, gdy dokucza ząb) i odkażająco. Dosypywany do mięs czy zup tymianek jest z kolei bezkonkurencyjny przy katarze. I w postaci wonnej herbaty dosłodzonej miodem, i jako napar do kąpieli.
Jałowiec dawniej był w każdej chałupie, bo kto widział przyzwoitą kiełbasę albo dziczyznę bez jego korzennych kuleczek. Teraz trudno go kupić, ale można sobie nazbierać na spacerze w lesie – akurat jest dobra pora, po pierwszych przymrozkach. Zrywajcie te granatowe, są dojrzałe i najlepiej pachną. Ususzone przydadzą się do aromatycznych marynat i jako… pastylki przeciw grypie. Warto je nosić w pudełeczku w kieszeni i żuć codziennie po jednej lub dwie, zwłaszcza w czasie epidemii kichania.

O soli lekarze mawiają, że to biała śmierć. Rzeczywiście, sypana bez umiaru do jedzenia szkodzi na serce i rujnuje układ krążenia. Ale gdy łapie przeziębienie, a w domu nie ma żadnych aptecznych specyfików, warto po prostu wsadzić w nią nogi. Do miski wlewamy letnią wodę, do niej wsypujemy garść soli. To wszystko. Wkładamy do tej kąpieli stopy po kostki i dolewamy wrzątku, gdy tylko zaczyna stygnąć. Potem wycieramy nogi, zakładamy wełniane skarpety i kładziemy się do łóżka.

Wreszcie najzwyklejszy ocet spirytusowy. Dobry, jak się okazuje, nie tylko do grzybków, ogórków i na ukąszenia owadów, ale i na kaszel. Na pół szklanki letniej wody bierzemy dwie łyżeczki octu i płuczemy chore gardło. Ocet wybija bakterie i dezynfekuje.

PRZEPISY

Miód z goździkami
Do filiżanki miodu włóż sześć goździków i wstaw na noc do lodówki. Rano wyjmij goździki i syrop gotowy – gdy drapie w gardle, bierz trzy razy dziennie po łyżeczce do herbaty. Goździki łagodzą ból, miód nawilża śluzówkę i działa przeciwbakteryjnie.

Tymiankowa inhalacja
Kilka kropli olejku tymiankowego lub herbaty tymiankowej (łyżkę ziółka parzymy w szklance wrzątku) wlej do ciepłej kąpieli. Pomaga przy zapaleniach oskrzeli, łagodzi skurcze. Działa przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie.

Napar z cebuli
Plaster cebuli zalej dwiema szklankami wrzątku i odstaw pod pokrywką na 20 minut. Gdy przestygnie – przecedź, dodaj odrobinę miodu i wypij. Ułatwia oddychanie.

Imbirowy napój
Dwucentymetrowy korzeń imbiru posiekaj, zalej szklanką wrzątku, dopraw szczyptą cynamonu. Gotuj przez kwadrans, przecedź. Możesz wlać trzy kropelki cytryny i odrobinę miodu. Pij ciepły. Rozgrzewa, pomaga zwalczyć grypę.

Joanna Halena

Wielki sprawdzian. – Jak możemy zaobserwować, te wszystkie rzeczy, które dzieją się we wszechświecie, w świecie, w naszym życiu, wpływają na nas, jak gdyby były kokonem, co oślepia całym światłem. Katastrofy naturalne pogrążają nas w bólu, powodują strach, chaos i niepewność. Łzy i lamenty wydają się głosić, że koniec jest bliski. Podobnie jest, gdy gąsienica zaczyna swoją metamorfozę: Ona czuje, że zbliża się jej godzina, myśli, że umrze, nie wie, że ten proces skończy jej czołganie się i zacznie latać przez życie rozwijając swoje piękne skrzydła. Zaufaj, transformacja przyspiesza w obecnych czasach- to jest wielki sprawdzian, ogromna próba, która daje nam życie w tych nowych czasach. 

Z punktu widzenia rozumu, może się to wydawać, kpiną losu, że przez całą twoją drogę życiową, twierdzono, byś przełamywał twoją zbroję i otworzył się na swój wewnętrzny świat, gdy sygnały wskazują, że krytyczna faza zaczyna się, tam gdzie chcesz chronić się, aby uniknąć zranienia. Nie ma żadnych błędów, nikt cię nie oszukał. Podjąłeś odpowiednie kroki, podążając za swoim mądrym wewnętrznym głosem, teraz trzeba utrzymać zaufanie do światła swojego serca. Wiara jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem, będąc skoncentrowanym na sercu, pozwoli Ci patrzeć poza strachem.  

Będziesz wiedział, że w tym, co inni nazywają beznadziejnośią, zamieszkuje nadzieja, która czyni nas bardziej ludzkimi.

Gdzie twój umysł zobaczy chaos, twoje serce będzie widzieć oczekiwanie zmiany, które nas wzruszają i podnoszą. Przekonasz się, że nie istnieją granice, ale miłość w działaniu, która objawia się w kampaniach solidarnościowych, bohaterskich czynach, szlachetnych gestach i bratnich rękach, które przeplatają się, by tworzyć ciepły świetlisty materiał. Wszystko zmienia swój poziom wibracji, nic nie będzie takie samo, chociaż wiadomości podtrzymują odwrotnie, nie obawiaj się, pozostań w świetle, w harmonii. 

W te czasy głębokich zmian, nie ma płaczących martwych, tylko duchy świętujące tą ogromną odwagę ośmielić się żyć tego fantastycznego ludzkiego doświadczenia, wiążąc niebo i ziemię. Nic nie umiera, wszystko się zmienia. Po prostu musimy się otworzyć i nie opierać się zmianom, które pomagają rozkwitać nowej ludzkości. Nawet jak czujesz się bardzo zmęczony, utrzymuj się ufny, przetrwaj w miłości. Otwórz swoje serce jeszcze bardziej. Za pomocą zewnętrznej agitacji rozpoznajemy, czy pokój był wewnętrzny czy z powodu spokojnego środowiska. Jesteśmy gąsienicą przeżywając transmutację, która odradza nas w świetle świadomości.

Musimy pamiętać, że nasza podświadomość jest konstruktorem naszego ciała i działa przez całą dobę. Ingerujemy w jej wzorce życiowe, pozwalając i robiąc miejsce na negatywne myśli. Trzeba uleczyć podświadomość zadanie znajdujące rozwiązanie na każdy problem, przed snem, a otrzymasz odpowiedź. Bardzo szczegółowo też, trzeba obserwować swoje myśli, ponieważ każda myśl akceptowana jako rzeczywistość, jest wysyłana z mózgu do splotu słonecznego, nasz mózg abdominalny, jest materializowany jako rzeczywistość. Uznaj, że można odbudować siebie, po prostu dając nowy plan dla twojej podświadomości.

Skłonnością podświadomości jest zachowanie naszego życia, pracując poprzez swój świadomy umysł, karmi naszą podświadomość afirmatywnymi frazami. Nasza podświadomość, zawsze je produkuje, w zależności od naszych mentalnych wzorców, cyklicznie mamy nowe ciało, zmień swoje ciało, zmieniając swoje myśli. Normalne jest, być zdrowym; nieprawidłowe jest być chorym. Pamiętaj, że w nas jest zasada harmonii. Microcosmos Myśli o zazdrości, strachu, obawie i niepokoju niszczą i zniszczą nerwy i gruczoły, więc pojawiają się choroby. To co stwierdzimy świadomie i jesteśmy przekonani o tym, będzie objawiać się w naszym umyśle, ciele i życiu.

Wielki sprawdzian, polega na tym, by kontynuować naszą drogę z wiarą, na drodze miłości, akceptując to, co się dzieje, bo wszystko, absolutnie wszystko, pomaga nam stać się wrażliwym, uczłowieczyć się i ewoluować. W tym nowym świcie, niech dobrostan króluje w twoim życiu.

Aguila Mirko

Wielki sprawdzian.

Jak możemy zaobserwować, te wszystkie rzeczy, które dzieją się we wszechświecie, w świecie, w naszym życiu, wpływają na nas, jak gdyby były kokonem, co oślepia całym światłem. Katastrofy naturalne pogrążają nas w bólu, powodują strach, chaos i niepewność. Łzy i lamenty wydają się głosić, że koniec jest bliski. Podobnie jest, gdy gąsienica zaczyna swoją metamorfozę: Ona czuje, że zbliża się jej godzina, myśli, że umrze, nie wie, że ten proces skończy jej czołganie się i zacznie latać przez życie rozwijając swoje piękne skrzydła. Zaufaj, transformacja przyspiesza w obecnych czasach- to jest wielki sprawdzian, ogromna próba, która daje nam życie w tych nowych czasach.

Z punktu widzenia rozumu, może się to wydawać, kpiną losu, że przez całą twoją drogę życiową, twierdzono, byś przełamywał twoją zbroję i otworzył się na swój wewnętrzny świat, gdy sygnały wskazują, że krytyczna faza zaczyna się, tam gdzie chcesz chronić się, aby uniknąć zranienia. Nie ma żadnych błędów, nikt cię nie oszukał. Podjąłeś odpowiednie kroki, podążając za swoim mądrym wewnętrznym głosem, teraz trzeba utrzymać zaufanie do światła swojego serca. Wiara jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem, będąc skoncentrowanym na sercu, pozwoli Ci patrzeć poza strachem.

Będziesz wiedział, że w tym, co inni nazywają beznadziejnośią, zamieszkuje nadzieja, która czyni nas bardziej ludzkimi.

Gdzie twój umysł zobaczy chaos, twoje serce będzie widzieć oczekiwanie zmiany, które nas wzruszają i podnoszą. Przekonasz się, że nie istnieją granice, ale miłość w działaniu, która objawia się w kampaniach solidarnościowych, bohaterskich czynach, szlachetnych gestach i bratnich rękach, które przeplatają się, by tworzyć ciepły świetlisty materiał. Wszystko zmienia swój poziom wibracji, nic nie będzie takie samo, chociaż wiadomości podtrzymują odwrotnie, nie obawiaj się, pozostań w świetle, w harmonii.

W te czasy głębokich zmian, nie ma płaczących martwych, tylko duchy świętujące tą ogromną odwagę ośmielić się żyć tego fantastycznego ludzkiego doświadczenia, wiążąc niebo i ziemię. Nic nie umiera, wszystko się zmienia. Po prostu musimy się otworzyć i nie opierać się zmianom, które pomagają rozkwitać nowej ludzkości. Nawet jak czujesz się bardzo zmęczony, utrzymuj się ufny, przetrwaj w miłości. Otwórz swoje serce jeszcze bardziej. Za pomocą zewnętrznej agitacji rozpoznajemy, czy pokój był wewnętrzny czy z powodu spokojnego środowiska. Jesteśmy gąsienicą przeżywając transmutację, która odradza nas w świetle świadomości.

Musimy pamiętać, że nasza podświadomość jest konstruktorem naszego ciała i działa przez całą dobę. Ingerujemy w jej wzorce życiowe, pozwalając i robiąc miejsce na negatywne myśli. Trzeba uleczyć podświadomość zadanie znajdujące rozwiązanie na każdy problem, przed snem, a otrzymasz odpowiedź. Bardzo szczegółowo też, trzeba obserwować swoje myśli, ponieważ każda myśl akceptowana jako rzeczywistość, jest wysyłana z mózgu do splotu słonecznego, nasz mózg abdominalny, jest materializowany jako rzeczywistość. Uznaj, że można odbudować siebie, po prostu dając nowy plan dla twojej podświadomości.

Skłonnością podświadomości jest zachowanie naszego życia, pracując poprzez swój świadomy umysł, karmi naszą podświadomość afirmatywnymi frazami. Nasza podświadomość, zawsze je produkuje, w zależności od naszych mentalnych wzorców, cyklicznie mamy nowe ciało, zmień swoje ciało, zmieniając swoje myśli. Normalne jest, być zdrowym; nieprawidłowe jest być chorym. Pamiętaj, że w nas jest zasada harmonii. Microcosmos Myśli o zazdrości, strachu, obawie i niepokoju niszczą i zniszczą nerwy i gruczoły, więc pojawiają się choroby. To co stwierdzimy świadomie i jesteśmy przekonani o tym, będzie objawiać się w naszym umyśle, ciele i życiu.

Wielki sprawdzian, polega na tym, by kontynuować naszą drogę z wiarą, na drodze miłości, akceptując to, co się dzieje, bo wszystko, absolutnie wszystko, pomaga nam stać się wrażliwym, uczłowieczyć się i ewoluować. W tym nowym świcie, niech dobrostan króluje w twoim życiu.

Aguila Mirko

Plan Dnia Szczęśliwego Człowieka – Budzisz się, otwierasz oczy, zaczyna się nowy dzień. Przed sobą masz 24 h – to bardzo dużo. Jak je wykorzystasz? Oto taktyka na zaliczenie dnia do udanych krok po kroku. Zacznij od stworzenia intencji, a potem?

1. Pobudka: stwórz intencję na dzień 

Zanim otworzysz oczy, wypowiedz życzenie na rozpoczynającą się dobę – pisze „elitedaily.com”. Możesz to zrobić w myślach. Czego sobie życzysz na dziś? Jak chciałbyś się dzisiaj czuć? Psychologiczne modele społeczno- poznawcze, dowodzą, że wyklarowana intencja znacznie zwiększa szansę urzeczywistnienia działania, a osoby, które mają cel częściej osiągają to, czego pragną. W Procesualnym Modelu Działań Zdrowotnych, który odnosi się m. in. do przestrzegania zdrowej diety czy aktywności fizycznej, intencja jest jednym z ważniejszych elementów fazy motywacyjnej. W uproszczeniu: stworzenie życzenia zwiększy twoją motywację. Odstąp od długoterminowych założeń: formułuj każdego dnia 24 – godzinne cele. Metodą małych kroków, przenosząc kamyk po kamyku jesteś w stanie przenieść górę, czego nigdy nie udałoby się zrobić na raz. Przykładowe intencje: dziś chcę pośmiać się z członkami rodziny, zdrowo się odżywiać, skończyć ważny projekt. Im bardziej sprecyzowane cele, tym większa szansa, że je zrealizujesz. Będziesz świadom, czego chcesz, do czego dążysz.

2. Wyobraź sobie w obrazach, co chcesz, żeby się działo
Jeszcze zanim wstaniesz, stwórz jak najwięcej obrazów w głowie dotyczących dopiero rozpoczynającego się dnia. Wyobraź sobie, że wszystko, czego sobie życzyłeś już się wydarzyło. Jak było? Pomyśl o tym, jak wykonujesz czynności, które zaplanowałeś. Zobacz np., jak siedzicie z rodziną wieczorem razem na kanapie, przytulacie się do siebie, robicie głupie miny, śmiejecie się, dzieci wchodzą ci na kolana. Albo jak przygotowujesz parującą, aromatyczną zupę na obiad lub siedząc za biurkiem, wypijasz intensywnie pomarańczowy sok marchwiowy. Zaangażuj jak najwięcej zmysłów. Co dokładnie widzisz w swojej wizji: jakie są tego kolory, kształty, jaki zapach czujesz? Słyszysz śmiech dziecka, a może błogą ciszę? Jakie to uczucie, gdy materiał ubrań, które masz na sobie dotyka twojej skóry? Jakie emocje to wszystko w tobie powoduje? Mózg nie rozróżnia wyobrażonych odczuć od rzeczywistości, więc dobierz wrażenia według potrzeb. Nastrój się więc na dobre fale. A teraz pora wstać.

3. Zrób plan i działaj

Od samego wyobrażania nie dzieją się działania. Weź odpowiedzialność za swoje marzenia. Nikt za ciebie nie zorganizuje dnia, które chciałbyś przeżyć: ani partner, ani rodzic, ani terapeuta czy coach. Żeby mieć to, czego chcesz, musisz po to sięgnąć. Czyli: włożyć wysiłek w  realizację celu. Po to masz te 24 h. Marzysz o własnym blogu? Żeby się urzeczywistnił, musisz go założyć. Chcesz lepiej się odżywiać? Nie stanie się to od czytania o dietach, przegryzając ciasto czekoladowe. Podstawą zmiany jest działanie. Twoje działanie. Dziś to zawsze najlepszy moment na pierwszy krok. Jutro najlepiej się nadaje na kroki kolejne.
Potrzebny może być ci plan. Weź kartkę, wypisz, co chcesz zrobić, jakie kroki się na to składają, kiedy zajmiesz się którym z nich, ile zajmie ci to czasu, jakich informacji jeszcze potrzebujesz, gdzie możesz je zdobyć. Dobry plan to ten osadzony w twoim kalendarzu, w konkretnych godzinach i zakładające realistyczne, a nie przerastające twoje możliwości, działania.

4. Naucz się przebywać ze swoim cierpieniem

Wychodzisz z domu i okazuje się, że rzeczywistość nie jest wcale taka łatwa jak byś sobie tego życzył? Po porannym zadowoleniu, dopada cię frustracja, chciałbyś, żeby ten dyskomfort zniknął?
Nie możemy być naprawdę szczęśliwymi, jeśli nie nauczymy się być ze swoim cierpieniem ? twierdzą mistrzowie Wchodu. Tak, wcale nie ze szczęściem, a cierpieniem. W końcu jedno bez drugiego nie istnieje. Zastanów się, jaką relację masz z tym, co w tobie jest? Czy godzisz się tylko na miłe doznania, czy idziesz krok dalej i otwierasz się na złożoność ludzkiej egzystencji.
To, w jakim kontakcie jesteś z cierpiącą częścią siebie pokazują twoje reakcje na cierpienie innych. Ktoś bliski przeżywa kryzys? Mówisz „nie płacz”, „będzie lepiej”, „przestań się smucić” czy po prostu jesteś obok, wspierasz, pozwalasz się wygadać. Twoja reakcja prawdopodobnie odzwierciedla zachowania podejmowane przez ciebie wobec własnego cierpienia. Jeśli wewnętrzne cierpienie tli się w tobie w tle dnia powszedniego zamiast je negować, zobacz, jak to jest ich doświadczać. Stwórz temu przestrzeń, obdarz swój stan serdecznym współczuciem. Staraj się nie mylić akceptacji z umartwianiem.

5. Rób sobie przyjemności – potrzebujesz emocjonalnej słodyczy
 „Z zakamarków życia wziąć, to co chcę. Dziś wiem, życie cudem jest. Co chcę, mogę z niego mieć” – śpiewał zespół „DeSu”. Jeśli rezygnujesz z robienia sobie prezentów, odbierasz sobie sporo frajdy, a nie jesteś przecież męczennikiem. Zrób sobie dzień dziecka (jako stałe podejście do życia na co dzień) lub choćby poranek, wieczór, popołudnie zachcianek. Troszcz się o siebie, rozpieszczaj: przygotuj dobre śniadanie, weź gorący prysznic, posiedź chwilę nad gazetą. Siedzisz w pracy? Zaparz aromatyczną kawę, puść ulubioną muzykę. Masz ochotę na spacer? Wróć z pracy pieszo przez park. Marzysz o dobrej książce? Zahacz o bibliotekę. Szukaj możliwości realizacji swoich „widzimisię”. Codzienność, jak dobra potrawa, potrzebuje do pełni wszystkich smaków: również słodyczy. Psycholodzy uważają, że osoby, które mają mało słodyczy emocjonalnej w życiu często rekompensują to sobie, jedząc większe ilości słodyczy. Masz wzmożony apetyt na słodkości? Być może zbyt mało jest przyjemności w twoim życiu.

6. Uśmiechaj się, dziękuj, mówi komplementy

Masz wpływ na atmosferę w swoim otoczeniu. Zarażaj osoby w koło serdecznością. Uśmiechaj się do napotykanych osób: domowników, współpracowników, przechodniów. Nigdy nie wiadomo, jak ten niby nieznaczący gest wpłynie na drugiego człowieka – zwraca uwagę „elitedaily.com”. I przede wszystkim na ciebie samego.
Postaraj się dziś więcej doceniać bliskich niż ich krytykować i dogryzać. Skup się na tym, za co jesteś im wdzięczny i mów im o tym. Powiedz dziś „dziękuje” przynajmniej 5 razy. Pamiętaj, aby rozwinąć swoją wypowiedź i poinformować daną osobę, za co dziękujesz. Znajdź coś, co w niej lubisz, powiedz jej o tym.  Do partnera możesz powiedzieć: „Dziękuję, że zrobiłeś mi kawę. Bardzo mi smakuje, kiedy ją parzysz”, „Dziękuję, że zająłeś się dziećmi, kiedy byłam u fryzjera. Świetnie się z nimi dogadujesz”. Do współpracownika: „jestem wdzięczna, że pomogłeś mi przy tej prezentacji. Imponuje mi twoja pomysłowość”. Do sprzedawczyni  w lokalnym warzywniaku: „zawsze wybiera mi pani ładniejsze sztuki owoców. Taka sprzedawczyni to skarb!”. Cokolwiek mówisz, ważne, żeby to była prawda. Jeśli na koniec masz ochotę powiedzieć „ale” i dodać uszczypliwość, ugryź się w język i postaw kropkę. Uśmiech, wdzięczność i dobre słowo mnożą się, gdy się je dzieli. Gdy je dajesz bez oczekiwania rewanżu, wracają jak bumerang.

Na tyle na ile to możliwe, otaczaj się ludźmi z dobrą energią, w obecności których czujesz się dobrze i unikaj tych, w których obecności czujesz się wyczerpany i bezwartościowy.

7. Zrób coś, czego jeszcze nie robiłeś
 
Przełam rutynę, każdego dnia zrób coś nowego. Masz pełen przekrój możliwości: od skoku na spadochronie dla lubiących adrenalinę poprzez zapisanie się na lekcję obcego języka aż po powrót do domu inną niż zazwyczaj drogą, zmianę słuchanej stacji radiowej czy spróbowanie nieznanej potrawy.
Kurs tańca, wycieczka w piękny zakątek ? zastanów się, czego chciałbyś doświadczyć, żeby potem móc to wspominać? Niemal 10 lat badań wskazuje, że ludzie są szczęśliwsi, gdy wydają swoje pieniądze raczej na doświadczenia życiowe niż rzeczy materialne ? pisze Ryan T. Howell, profesor psychologii na San Fransisco State University w „Psychology Today”. Możesz sporządzić też plan, który nie wiąże się z wydatkami. Większość płatnych opcji ma też swoje „nisko budżetowe” odpowiedniki, więc nie tłumacz się brakiem finansów. Np. naukę tańca możesz zacząć przez internet, wzroując się na filmach instruktażowych zamieszczonych na „youtube” już dziś. Dobrej zabawy!

8. Odhaczaj zrealizowane podpunkty
 
Pamiętasz plan zadań wspomniany na początku powyższej listy. Nie trać go z oczu w ciągu dnia. Sprawdzaj od czasu do czasu, co już wykonałeś, a co jeszcze jest do zrealizowania. Ważne: podpunkty wykonane koniecznie odhaczaj. Udowodniono, że czynność wykreślania wykonanych zadań powoduje wydzielanie endorfin, hormonów peptydowych wprawiających nas w stań zadowolenia, a nawet euforii. Prawdopodobnie rośnie też twoje poczucie własnej skuteczności.

Aby mieć więcej do wykreślania (oraz lepszy wgląd na kolejność działań), możesz w swojej liście rozbić większe zadania na mniejsze czynności składowe. Czyli zamiast napisać „naprawić zlew”, zamieścić podpunkty: „poszukać fachowca”, „zadzwonić i umówić się”, „dozorować naprawę”.

9. Podsumowanie dnia: zrób listę rzeczy, które ci się udały
 
Cały dzień za tobą, powoli zbierasz się do spania? Czas na krótkie podsumowanie minionego dnia. Nie ma być to jednak lista plusów i minusów. Obiektywizm wsadź do kieszeni. Stwórz mentalną listę rzeczy, które ci się dzisiaj udały, które cię uszczęśliwiły, za które jesteś wdzięczny. To mogą być zarówno małe, jak i wielkie sprawy. Podziękuj sobie za wszystko, co zrobiłeś, za swoje starania i wysiłek, doceń siebie. Takie podsumowanie pozwoli ci się pozbyć nagromadzonych resztek stresu z dnia, przygotuje do snu i da motywację do wcielenia jeszcze większej liczby uszczęśliwiających czynności dnia następnego. Dobrej nocy!

Autorka artykułu: Małgorzata Skorupa – dziennikarka, redaktorka serwisu Zdrowie.gazeta.pl, psycholog, konsultantka Telefonu Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym przy Instytucie Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego w Warszawie. Autorka wielu publikacji z zakresu rozwoju osobistego oraz zdrowego stylu życia.

 /         zdrowie.gazeta.pl        /

Plan Dnia Szczęśliwego Człowieka

Budzisz się, otwierasz oczy, zaczyna się nowy dzień. Przed sobą masz 24 h – to bardzo dużo. Jak je wykorzystasz? Oto taktyka na zaliczenie dnia do udanych krok po kroku. Zacznij od stworzenia intencji, a potem?

1. Pobudka: stwórz intencję na dzień

Zanim otworzysz oczy, wypowiedz życzenie na rozpoczynającą się dobę – pisze „elitedaily.com”. Możesz to zrobić w myślach. Czego sobie życzysz na dziś? Jak chciałbyś się dzisiaj czuć? Psychologiczne modele społeczno- poznawcze, dowodzą, że wyklarowana intencja znacznie zwiększa szansę urzeczywistnienia działania, a osoby, które mają cel częściej osiągają to, czego pragną. W Procesualnym Modelu Działań Zdrowotnych, który odnosi się m. in. do przestrzegania zdrowej diety czy aktywności fizycznej, intencja jest jednym z ważniejszych elementów fazy motywacyjnej. W uproszczeniu: stworzenie życzenia zwiększy twoją motywację. Odstąp od długoterminowych założeń: formułuj każdego dnia 24 – godzinne cele. Metodą małych kroków, przenosząc kamyk po kamyku jesteś w stanie przenieść górę, czego nigdy nie udałoby się zrobić na raz. Przykładowe intencje: dziś chcę pośmiać się z członkami rodziny, zdrowo się odżywiać, skończyć ważny projekt. Im bardziej sprecyzowane cele, tym większa szansa, że je zrealizujesz. Będziesz świadom, czego chcesz, do czego dążysz.

2. Wyobraź sobie w obrazach, co chcesz, żeby się działo
Jeszcze zanim wstaniesz, stwórz jak najwięcej obrazów w głowie dotyczących dopiero rozpoczynającego się dnia. Wyobraź sobie, że wszystko, czego sobie życzyłeś już się wydarzyło. Jak było? Pomyśl o tym, jak wykonujesz czynności, które zaplanowałeś. Zobacz np., jak siedzicie z rodziną wieczorem razem na kanapie, przytulacie się do siebie, robicie głupie miny, śmiejecie się, dzieci wchodzą ci na kolana. Albo jak przygotowujesz parującą, aromatyczną zupę na obiad lub siedząc za biurkiem, wypijasz intensywnie pomarańczowy sok marchwiowy. Zaangażuj jak najwięcej zmysłów. Co dokładnie widzisz w swojej wizji: jakie są tego kolory, kształty, jaki zapach czujesz? Słyszysz śmiech dziecka, a może błogą ciszę? Jakie to uczucie, gdy materiał ubrań, które masz na sobie dotyka twojej skóry? Jakie emocje to wszystko w tobie powoduje? Mózg nie rozróżnia wyobrażonych odczuć od rzeczywistości, więc dobierz wrażenia według potrzeb. Nastrój się więc na dobre fale. A teraz pora wstać.

3. Zrób plan i działaj

Od samego wyobrażania nie dzieją się działania. Weź odpowiedzialność za swoje marzenia. Nikt za ciebie nie zorganizuje dnia, które chciałbyś przeżyć: ani partner, ani rodzic, ani terapeuta czy coach. Żeby mieć to, czego chcesz, musisz po to sięgnąć. Czyli: włożyć wysiłek w realizację celu. Po to masz te 24 h. Marzysz o własnym blogu? Żeby się urzeczywistnił, musisz go założyć. Chcesz lepiej się odżywiać? Nie stanie się to od czytania o dietach, przegryzając ciasto czekoladowe. Podstawą zmiany jest działanie. Twoje działanie. Dziś to zawsze najlepszy moment na pierwszy krok. Jutro najlepiej się nadaje na kroki kolejne.
Potrzebny może być ci plan. Weź kartkę, wypisz, co chcesz zrobić, jakie kroki się na to składają, kiedy zajmiesz się którym z nich, ile zajmie ci to czasu, jakich informacji jeszcze potrzebujesz, gdzie możesz je zdobyć. Dobry plan to ten osadzony w twoim kalendarzu, w konkretnych godzinach i zakładające realistyczne, a nie przerastające twoje możliwości, działania.

4. Naucz się przebywać ze swoim cierpieniem

Wychodzisz z domu i okazuje się, że rzeczywistość nie jest wcale taka łatwa jak byś sobie tego życzył? Po porannym zadowoleniu, dopada cię frustracja, chciałbyś, żeby ten dyskomfort zniknął?
Nie możemy być naprawdę szczęśliwymi, jeśli nie nauczymy się być ze swoim cierpieniem ? twierdzą mistrzowie Wchodu. Tak, wcale nie ze szczęściem, a cierpieniem. W końcu jedno bez drugiego nie istnieje. Zastanów się, jaką relację masz z tym, co w tobie jest? Czy godzisz się tylko na miłe doznania, czy idziesz krok dalej i otwierasz się na złożoność ludzkiej egzystencji.
To, w jakim kontakcie jesteś z cierpiącą częścią siebie pokazują twoje reakcje na cierpienie innych. Ktoś bliski przeżywa kryzys? Mówisz „nie płacz”, „będzie lepiej”, „przestań się smucić” czy po prostu jesteś obok, wspierasz, pozwalasz się wygadać. Twoja reakcja prawdopodobnie odzwierciedla zachowania podejmowane przez ciebie wobec własnego cierpienia. Jeśli wewnętrzne cierpienie tli się w tobie w tle dnia powszedniego zamiast je negować, zobacz, jak to jest ich doświadczać. Stwórz temu przestrzeń, obdarz swój stan serdecznym współczuciem. Staraj się nie mylić akceptacji z umartwianiem.

5. Rób sobie przyjemności – potrzebujesz emocjonalnej słodyczy
„Z zakamarków życia wziąć, to co chcę. Dziś wiem, życie cudem jest. Co chcę, mogę z niego mieć” – śpiewał zespół „DeSu”. Jeśli rezygnujesz z robienia sobie prezentów, odbierasz sobie sporo frajdy, a nie jesteś przecież męczennikiem. Zrób sobie dzień dziecka (jako stałe podejście do życia na co dzień) lub choćby poranek, wieczór, popołudnie zachcianek. Troszcz się o siebie, rozpieszczaj: przygotuj dobre śniadanie, weź gorący prysznic, posiedź chwilę nad gazetą. Siedzisz w pracy? Zaparz aromatyczną kawę, puść ulubioną muzykę. Masz ochotę na spacer? Wróć z pracy pieszo przez park. Marzysz o dobrej książce? Zahacz o bibliotekę. Szukaj możliwości realizacji swoich „widzimisię”. Codzienność, jak dobra potrawa, potrzebuje do pełni wszystkich smaków: również słodyczy. Psycholodzy uważają, że osoby, które mają mało słodyczy emocjonalnej w życiu często rekompensują to sobie, jedząc większe ilości słodyczy. Masz wzmożony apetyt na słodkości? Być może zbyt mało jest przyjemności w twoim życiu.

6. Uśmiechaj się, dziękuj, mówi komplementy

Masz wpływ na atmosferę w swoim otoczeniu. Zarażaj osoby w koło serdecznością. Uśmiechaj się do napotykanych osób: domowników, współpracowników, przechodniów. Nigdy nie wiadomo, jak ten niby nieznaczący gest wpłynie na drugiego człowieka – zwraca uwagę „elitedaily.com”. I przede wszystkim na ciebie samego.
Postaraj się dziś więcej doceniać bliskich niż ich krytykować i dogryzać. Skup się na tym, za co jesteś im wdzięczny i mów im o tym. Powiedz dziś „dziękuje” przynajmniej 5 razy. Pamiętaj, aby rozwinąć swoją wypowiedź i poinformować daną osobę, za co dziękujesz. Znajdź coś, co w niej lubisz, powiedz jej o tym. Do partnera możesz powiedzieć: „Dziękuję, że zrobiłeś mi kawę. Bardzo mi smakuje, kiedy ją parzysz”, „Dziękuję, że zająłeś się dziećmi, kiedy byłam u fryzjera. Świetnie się z nimi dogadujesz”. Do współpracownika: „jestem wdzięczna, że pomogłeś mi przy tej prezentacji. Imponuje mi twoja pomysłowość”. Do sprzedawczyni w lokalnym warzywniaku: „zawsze wybiera mi pani ładniejsze sztuki owoców. Taka sprzedawczyni to skarb!”. Cokolwiek mówisz, ważne, żeby to była prawda. Jeśli na koniec masz ochotę powiedzieć „ale” i dodać uszczypliwość, ugryź się w język i postaw kropkę. Uśmiech, wdzięczność i dobre słowo mnożą się, gdy się je dzieli. Gdy je dajesz bez oczekiwania rewanżu, wracają jak bumerang.

Na tyle na ile to możliwe, otaczaj się ludźmi z dobrą energią, w obecności których czujesz się dobrze i unikaj tych, w których obecności czujesz się wyczerpany i bezwartościowy.

7. Zrób coś, czego jeszcze nie robiłeś

Przełam rutynę, każdego dnia zrób coś nowego. Masz pełen przekrój możliwości: od skoku na spadochronie dla lubiących adrenalinę poprzez zapisanie się na lekcję obcego języka aż po powrót do domu inną niż zazwyczaj drogą, zmianę słuchanej stacji radiowej czy spróbowanie nieznanej potrawy.
Kurs tańca, wycieczka w piękny zakątek ? zastanów się, czego chciałbyś doświadczyć, żeby potem móc to wspominać? Niemal 10 lat badań wskazuje, że ludzie są szczęśliwsi, gdy wydają swoje pieniądze raczej na doświadczenia życiowe niż rzeczy materialne ? pisze Ryan T. Howell, profesor psychologii na San Fransisco State University w „Psychology Today”. Możesz sporządzić też plan, który nie wiąże się z wydatkami. Większość płatnych opcji ma też swoje „nisko budżetowe” odpowiedniki, więc nie tłumacz się brakiem finansów. Np. naukę tańca możesz zacząć przez internet, wzroując się na filmach instruktażowych zamieszczonych na „youtube” już dziś. Dobrej zabawy!

8. Odhaczaj zrealizowane podpunkty

Pamiętasz plan zadań wspomniany na początku powyższej listy. Nie trać go z oczu w ciągu dnia. Sprawdzaj od czasu do czasu, co już wykonałeś, a co jeszcze jest do zrealizowania. Ważne: podpunkty wykonane koniecznie odhaczaj. Udowodniono, że czynność wykreślania wykonanych zadań powoduje wydzielanie endorfin, hormonów peptydowych wprawiających nas w stań zadowolenia, a nawet euforii. Prawdopodobnie rośnie też twoje poczucie własnej skuteczności.

Aby mieć więcej do wykreślania (oraz lepszy wgląd na kolejność działań), możesz w swojej liście rozbić większe zadania na mniejsze czynności składowe. Czyli zamiast napisać „naprawić zlew”, zamieścić podpunkty: „poszukać fachowca”, „zadzwonić i umówić się”, „dozorować naprawę”.

9. Podsumowanie dnia: zrób listę rzeczy, które ci się udały

Cały dzień za tobą, powoli zbierasz się do spania? Czas na krótkie podsumowanie minionego dnia. Nie ma być to jednak lista plusów i minusów. Obiektywizm wsadź do kieszeni. Stwórz mentalną listę rzeczy, które ci się dzisiaj udały, które cię uszczęśliwiły, za które jesteś wdzięczny. To mogą być zarówno małe, jak i wielkie sprawy. Podziękuj sobie za wszystko, co zrobiłeś, za swoje starania i wysiłek, doceń siebie. Takie podsumowanie pozwoli ci się pozbyć nagromadzonych resztek stresu z dnia, przygotuje do snu i da motywację do wcielenia jeszcze większej liczby uszczęśliwiających czynności dnia następnego. Dobrej nocy!

Autorka artykułu: Małgorzata Skorupa – dziennikarka, redaktorka serwisu Zdrowie.gazeta.pl, psycholog, konsultantka Telefonu Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym przy Instytucie Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego w Warszawie. Autorka wielu publikacji z zakresu rozwoju osobistego oraz zdrowego stylu życia.

/ zdrowie.gazeta.pl /

Na miłość boską, zalegalizujcie marihuanę!

Kościół jest ponoć instytucją, która ma pomagać ludziom. Ba, istnieje nawet coś takiego jak "katolicka doktryna społeczna", która rzekoma ma coś wspólnego ze sprzeciwem wobec niesprawiedliwości i ucisku. Jeśli w nauczaniu Watykanu jest choć odrobina szczerości, księża katoliccy powinni stanąć ramie w ramię z ruchami prolegalizacyjnymi.

Czytaj dalej →


Sen – Skąd się biorą marzenia i koszmary senne? Nie bardzo wiadomo. Naukowcy są jednak zgodni, że są nam one niezbędne do życia, jak woda, jedzenie i powietrze.

Dlaczego śpimy? Odpowiedź wydaje się oczywista – żeby odpocząć po całym dniu i zregenerować organizm. Ale nie tylko! Podczas snu mózg ma wreszcie czas, by zająć się sortowaniem i uaktualnianiem informacji, które napłynęły do niego w ciągu dnia. Analizuje też całą wiedzę zdobytą podczas naszego życia. Również tę, której zazwyczaj sobie nie uświadamiamy. Nieustannie tworzy nowe i reorganizuje już istniejące połączenia między budującymi go komórkami nerwowymi. Prawdopodobnie właśnie podczas tych porządków powstają senne marzenia i koszmary. Ale dlaczego się one tworzą? Czy mają jakieś głębsze znaczenie? I wreszcie, dlaczego jednym ludziom śnią się piękne widoki, a innym koszmary?

By odpowiedzieć na te pytania, naukowcy uznali, że najpierw muszą się dowiedzieć, co tak naprawdę śni się ludziom? Informacji o tym mieli niewiele, bo większość z nas tuż po przebudzeniu tego nie pamięta. Nie oznacza to jednak, że nic się nam nie śniło. Każdy bowiem w nocy przeżywa przygody.

Z czujnikami na głowie

Informacje na temat treści sennych marzeń uczeni zdobywają w nieprzyjemny sposób. Na głowę ochotników zakładają coś, co przypomina czepek kąpielowy, z którego wychodzą dziesiątki kabelków. Każdy jest zakończony czujnikiem, który naukowcy przyczepiają do głowy badanego, a drugi jego koniec do aparatury, mierzącej aktywność mózgu.

Jednocześnie śledzą ruchy oczu osób biorących udział w eksperymencie. Gdy zauważą, że poruszają się one szybko, a mózg pracuje intensywnie, to znak, że badani weszli w fazę snu zwaną REM. To właśnie w niej powstają marzenia senne i koszmary. Gdy intensywność pracy mózgu spada, budzą uczestników eksperymentu i każą im opowiadać, co pamiętają z tej podróży we śnie. Jedni opowiadają długo, ze szczegółami, historie innych zaś są krótkie. Tymczasem z obserwacji aparatury wynika, że wszyscy śnią tak samo długo.

Trzy lata temu naukowcy z instytutów im. Maksa Plancka w Lipsku i Monachium oraz ze szpitala Charité w Berlinie znaleźli inny sposób wniknięcia w śpiący umysł. Wykorzystali do tego rezonans magnetyczny. Pozwala on precyzyjne wskazać miejsce, w którym mózg jest aktywny. Dzięki temu udało im się ustalić, że kiedy badani ruszali palcami zarówno na jawie, jak i we śnie, w ich mózgu aktywne były te same miejsca. Na dodatek pracowały one z taką samą intensywnością. Należy tu podkreślić, że we śnie uczestnicy eksperymentu jedynie śnili o tym, że ruszają palcami.

Zdaniem uczonych, pierwsze tego typu badanie otwiera możliwości analizowania treści marzeń sennych. Ale dotychczas niewiele z tego odkrycia im przyszło. A pełna treść wszystkich naszych snów wciąż pozostaje zagadką. Na razie na podstawie badań i analiz uczeni ustalili jedynie, że „śnimy o tym, co przeżywamy w ciągu dnia, o zdarzeniach z przeszłości. Możemy także przywoływać te, które nas przerażają, a które dopiero nastąpią”, pisze dr Michał Skalski, psychiatra, zajmujący się diagnostyką i leczeniem zaburzeń snu. „Treść marzeń sennych jest odbiciem świata, na który składają się realne przeżycia oraz myśli – ukryte często głęboko w podświadomości” – uważa dr Skalski.

Katastrofa przeżywana po raz kolejny

Dlatego osoby, które w ciągu dnia nie przeżywają dramatów, z dużym prawdopodobieństwem będą miały w nocy miłe sny. Natomiast koszmary udręczą tych, którzy mają za sobą traumatyczne przeżycia: katastrofę, pobyt w obozie koncentracyjnym, utratę pracy czy napaść bandytów. Nieprzyjemne sny, jak ucieczka czy próba wyjścia z labiryntu, ma kilka procent osób młodych, a prawie 20 proc. starszych. Przeżycia, jakich wtedy doświadczają, są tak traumatyczne, że wiele z tych osób boi się zasnąć z obawy, że koszmar powróci.

Niektórzy szukają pomocy u specjalistów, ale ci niewiele mogą im poradzić. „Trzeba dążyć do rozwiązania problemów, także tych nagromadzonych w podświadomości. Jest to bardzo trudne, ponieważ tak naprawdę nie mamy do niej dostępu. A to podświadomość sprawia, że śnimy o rzeczach, które wydają nam się obce, choć tak naprawdę dotyczą wyłącznie naszych własnych przeżyć, lęków czy kompleksów” – tłumaczy dr Skalski.

Koszmary częściej dręczą kobiety

Dr Jennie Parker z Uniwersytetu Zachodniej Anglii w Bristolu tłumaczy to tym, że kobiety przed pójściem spać nie potrafią zapomnieć o emocjach, jakie towarzyszyły im w ciągu dnia. Uczona zajęła się badaniem sennych koszmarów, bo sama często ich doświadcza. Miewa na przemian dwa sny. W jednym stoi na plaży w rodzinnym miasteczku i nagle zalewa ją morska fala pojawiająca się znikąd. W drugim widzi, jak w nocy przez okno jej mieszkania zagląda dinozaur.

Po analizie sennych koszmarów stu kobiet, dr Parker uważa, że koszmary te pozwalają oswoić przykre przeżycia. I że jest to nieuświadomiony mechanizm radzenia sobie z problemami. Nocne wizje często oddają bowiem charakter zmartwień. Na przykład kobiety mają koszmary na temat wypadania zębów lub włosów, co zdaniem ekspertów sugeruje lęk przed utratą atrakcyjności.

Ale dlaczego osoby, które dawno są po studiach, wciąż śnią o oblanym egzaminie, tego nie potrafią wyjaśnić. Dlaczego jednym śni się spadanie, a innym bycie ściganym, sparaliżowanym. Czy też utrata kogoś bliskiego, zwłaszcza że często nie widać żadnego związku między historią przeżywaną we śnie a wydarzeniami na jawie.

„Sny przyjmują postać symbolicznych obrazów – przekonują uczeni. – Jeśli w koszmarze ktoś cię ściga, to wcale nie oznacza, że dokładnie coś takiego przydarzyło ci się w życiu. Ucieczka przed potworem może oznaczać obawę przed trudnym zadaniem i być próbą uniknięcia go” – uważa dr Michael Schredl z Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w Mannheim.

Ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego osoby z depresją mają bardziej kolorowe sny niż ludzie zdrowi? Dlaczego ich oczy szybciej się wtedy poruszają, a mózg pracuje intensywniej niż u pozostałych?

Rozwiązanie zagadek jak na dłoni

Naukowcy przypuszczają, że niekiedy to właśnie sny pomagają rozwikłać ludziom nurtujące ich zagadki i ułatwiają podjęcie ważnej decyzji. Ulrich Schnabel w książce „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia” pisze, że „w historii znajdziemy niezliczone przykłady na to, że sporo wielkich idei narodziło się we śnie”.

Przykładem może być choćby Friedrich Kekulé, chemik niemiecki, żyjący w latach 1829-1896, który twierdził, że długo poszukiwana struktura pierścienia benzoesowego ukazała mu się, gdy przyśniły mu się dwie żmije, gryzące sobie nawzajem ogony. Podobna historia przytrafiła się filozofowi Kartezjuszowi, który był wątłego zdrowia i jako student szkoły jezuickiej otrzymał oficjalne pozwolenie na późniejsze wstawanie. Dzięki temu mógł do woli rozmyślać nad swoimi snami, a tuż po przebudzeniu rozwiązywać matematyczne zagadki i zastanawiać się nad sensem istnienia. To prawdopodobnie właśnie wtedy powstało najsłynniejsze jego twierdzenie: Cogito ergu sum – Myślę, więc jestem.

Ale nawet, jeśli nic odkrywczego nam się nie przyśni, to bez snów mielibyśmy kłopoty z pamięcią. Cztery lata temu podczas dorocznej konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego naukowcy przekonywali, że sny są nam potrzebne właśnie do utrwalania nowej wiedzy. Do takiego wniosku skłoniły ich m.in. eksperymenty na śpiących szczurach.

Dwa gryzonie były uczone, jak dotrzeć w dwa różne miejsce. Potem mogły się zdrzemnąć na godzinę. Przez cały czas uczeni monitorowali aktywność ich komórek nerwowych w obszarze mózgu zwanym korą przedczołową – siedlisko pamięci długotrwałej. Okazało się, że podczas nauki rejon ten był aktywny, ale dopiero w trakcie snu nabierał niezwykłego przyspieszenia.

Zygmunt Freud w książce „Objaśnianie marzeń sennych” przekonywał natomiast, że sny odzwierciedlają nasze ukryte marzenia. To przecież w nich zostajemy bohaterami dokonującymi niezwykłych czynów, pokonujemy słabości, jesteśmy kochani i cały świat mamy u stóp. Śpijmy zatem i śnijmy, ile się tylko da.

 

/ autor: Dorota Reinisch

Sen

Skąd się biorą marzenia i koszmary senne? Nie bardzo wiadomo. Naukowcy są jednak zgodni, że są nam one niezbędne do życia, jak woda, jedzenie i powietrze.

Dlaczego śpimy? Odpowiedź wydaje się oczywista – żeby odpocząć po całym dniu i zregenerować organizm. Ale nie tylko! Podczas snu mózg ma wreszcie czas, by zająć się sortowaniem i uaktualnianiem informacji, które napłynęły do niego w ciągu dnia. Analizuje też całą wiedzę zdobytą podczas naszego życia. Również tę, której zazwyczaj sobie nie uświadamiamy. Nieustannie tworzy nowe i reorganizuje już istniejące połączenia między budującymi go komórkami nerwowymi. Prawdopodobnie właśnie podczas tych porządków powstają senne marzenia i koszmary. Ale dlaczego się one tworzą? Czy mają jakieś głębsze znaczenie? I wreszcie, dlaczego jednym ludziom śnią się piękne widoki, a innym koszmary?

By odpowiedzieć na te pytania, naukowcy uznali, że najpierw muszą się dowiedzieć, co tak naprawdę śni się ludziom? Informacji o tym mieli niewiele, bo większość z nas tuż po przebudzeniu tego nie pamięta. Nie oznacza to jednak, że nic się nam nie śniło. Każdy bowiem w nocy przeżywa przygody.

Z czujnikami na głowie

Informacje na temat treści sennych marzeń uczeni zdobywają w nieprzyjemny sposób. Na głowę ochotników zakładają coś, co przypomina czepek kąpielowy, z którego wychodzą dziesiątki kabelków. Każdy jest zakończony czujnikiem, który naukowcy przyczepiają do głowy badanego, a drugi jego koniec do aparatury, mierzącej aktywność mózgu.

Jednocześnie śledzą ruchy oczu osób biorących udział w eksperymencie. Gdy zauważą, że poruszają się one szybko, a mózg pracuje intensywnie, to znak, że badani weszli w fazę snu zwaną REM. To właśnie w niej powstają marzenia senne i koszmary. Gdy intensywność pracy mózgu spada, budzą uczestników eksperymentu i każą im opowiadać, co pamiętają z tej podróży we śnie. Jedni opowiadają długo, ze szczegółami, historie innych zaś są krótkie. Tymczasem z obserwacji aparatury wynika, że wszyscy śnią tak samo długo.

Trzy lata temu naukowcy z instytutów im. Maksa Plancka w Lipsku i Monachium oraz ze szpitala Charité w Berlinie znaleźli inny sposób wniknięcia w śpiący umysł. Wykorzystali do tego rezonans magnetyczny. Pozwala on precyzyjne wskazać miejsce, w którym mózg jest aktywny. Dzięki temu udało im się ustalić, że kiedy badani ruszali palcami zarówno na jawie, jak i we śnie, w ich mózgu aktywne były te same miejsca. Na dodatek pracowały one z taką samą intensywnością. Należy tu podkreślić, że we śnie uczestnicy eksperymentu jedynie śnili o tym, że ruszają palcami.

Zdaniem uczonych, pierwsze tego typu badanie otwiera możliwości analizowania treści marzeń sennych. Ale dotychczas niewiele z tego odkrycia im przyszło. A pełna treść wszystkich naszych snów wciąż pozostaje zagadką. Na razie na podstawie badań i analiz uczeni ustalili jedynie, że „śnimy o tym, co przeżywamy w ciągu dnia, o zdarzeniach z przeszłości. Możemy także przywoływać te, które nas przerażają, a które dopiero nastąpią”, pisze dr Michał Skalski, psychiatra, zajmujący się diagnostyką i leczeniem zaburzeń snu. „Treść marzeń sennych jest odbiciem świata, na który składają się realne przeżycia oraz myśli – ukryte często głęboko w podświadomości” – uważa dr Skalski.

Katastrofa przeżywana po raz kolejny

Dlatego osoby, które w ciągu dnia nie przeżywają dramatów, z dużym prawdopodobieństwem będą miały w nocy miłe sny. Natomiast koszmary udręczą tych, którzy mają za sobą traumatyczne przeżycia: katastrofę, pobyt w obozie koncentracyjnym, utratę pracy czy napaść bandytów. Nieprzyjemne sny, jak ucieczka czy próba wyjścia z labiryntu, ma kilka procent osób młodych, a prawie 20 proc. starszych. Przeżycia, jakich wtedy doświadczają, są tak traumatyczne, że wiele z tych osób boi się zasnąć z obawy, że koszmar powróci.

Niektórzy szukają pomocy u specjalistów, ale ci niewiele mogą im poradzić. „Trzeba dążyć do rozwiązania problemów, także tych nagromadzonych w podświadomości. Jest to bardzo trudne, ponieważ tak naprawdę nie mamy do niej dostępu. A to podświadomość sprawia, że śnimy o rzeczach, które wydają nam się obce, choć tak naprawdę dotyczą wyłącznie naszych własnych przeżyć, lęków czy kompleksów” – tłumaczy dr Skalski.

Koszmary częściej dręczą kobiety

Dr Jennie Parker z Uniwersytetu Zachodniej Anglii w Bristolu tłumaczy to tym, że kobiety przed pójściem spać nie potrafią zapomnieć o emocjach, jakie towarzyszyły im w ciągu dnia. Uczona zajęła się badaniem sennych koszmarów, bo sama często ich doświadcza. Miewa na przemian dwa sny. W jednym stoi na plaży w rodzinnym miasteczku i nagle zalewa ją morska fala pojawiająca się znikąd. W drugim widzi, jak w nocy przez okno jej mieszkania zagląda dinozaur.

Po analizie sennych koszmarów stu kobiet, dr Parker uważa, że koszmary te pozwalają oswoić przykre przeżycia. I że jest to nieuświadomiony mechanizm radzenia sobie z problemami. Nocne wizje często oddają bowiem charakter zmartwień. Na przykład kobiety mają koszmary na temat wypadania zębów lub włosów, co zdaniem ekspertów sugeruje lęk przed utratą atrakcyjności.

Ale dlaczego osoby, które dawno są po studiach, wciąż śnią o oblanym egzaminie, tego nie potrafią wyjaśnić. Dlaczego jednym śni się spadanie, a innym bycie ściganym, sparaliżowanym. Czy też utrata kogoś bliskiego, zwłaszcza że często nie widać żadnego związku między historią przeżywaną we śnie a wydarzeniami na jawie.

„Sny przyjmują postać symbolicznych obrazów – przekonują uczeni. – Jeśli w koszmarze ktoś cię ściga, to wcale nie oznacza, że dokładnie coś takiego przydarzyło ci się w życiu. Ucieczka przed potworem może oznaczać obawę przed trudnym zadaniem i być próbą uniknięcia go” – uważa dr Michael Schredl z Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w Mannheim.

Ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego osoby z depresją mają bardziej kolorowe sny niż ludzie zdrowi? Dlaczego ich oczy szybciej się wtedy poruszają, a mózg pracuje intensywniej niż u pozostałych?

Rozwiązanie zagadek jak na dłoni

Naukowcy przypuszczają, że niekiedy to właśnie sny pomagają rozwikłać ludziom nurtujące ich zagadki i ułatwiają podjęcie ważnej decyzji. Ulrich Schnabel w książce „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia” pisze, że „w historii znajdziemy niezliczone przykłady na to, że sporo wielkich idei narodziło się we śnie”.

Przykładem może być choćby Friedrich Kekulé, chemik niemiecki, żyjący w latach 1829-1896, który twierdził, że długo poszukiwana struktura pierścienia benzoesowego ukazała mu się, gdy przyśniły mu się dwie żmije, gryzące sobie nawzajem ogony. Podobna historia przytrafiła się filozofowi Kartezjuszowi, który był wątłego zdrowia i jako student szkoły jezuickiej otrzymał oficjalne pozwolenie na późniejsze wstawanie. Dzięki temu mógł do woli rozmyślać nad swoimi snami, a tuż po przebudzeniu rozwiązywać matematyczne zagadki i zastanawiać się nad sensem istnienia. To prawdopodobnie właśnie wtedy powstało najsłynniejsze jego twierdzenie: Cogito ergu sum – Myślę, więc jestem.

Ale nawet, jeśli nic odkrywczego nam się nie przyśni, to bez snów mielibyśmy kłopoty z pamięcią. Cztery lata temu podczas dorocznej konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego naukowcy przekonywali, że sny są nam potrzebne właśnie do utrwalania nowej wiedzy. Do takiego wniosku skłoniły ich m.in. eksperymenty na śpiących szczurach.

Dwa gryzonie były uczone, jak dotrzeć w dwa różne miejsce. Potem mogły się zdrzemnąć na godzinę. Przez cały czas uczeni monitorowali aktywność ich komórek nerwowych w obszarze mózgu zwanym korą przedczołową – siedlisko pamięci długotrwałej. Okazało się, że podczas nauki rejon ten był aktywny, ale dopiero w trakcie snu nabierał niezwykłego przyspieszenia.

Zygmunt Freud w książce „Objaśnianie marzeń sennych” przekonywał natomiast, że sny odzwierciedlają nasze ukryte marzenia. To przecież w nich zostajemy bohaterami dokonującymi niezwykłych czynów, pokonujemy słabości, jesteśmy kochani i cały świat mamy u stóp. Śpijmy zatem i śnijmy, ile się tylko da.



/ autor: Dorota Reinisch

Ciemna strona Facebooka – Portale społecznościowe zachęcają swoich użytkowników do udostępniania szerokiej gamy informacji o sobie. To nic nowego. Okazuje się jednak, że to, co przekazujemy sami, nie wystarczy. Facebook tworzy także profile osób, które nie korzystają z portalu. Wystarczy, że ich dane znajdują się wśród kontaktów zarejestrowanych użytkowników.
„Podaj swój adres e-mail a znajdziemy Twoich przyjaciół, którzy też korzystają z Facebooka”. Z taką propozycją spotkał się każdy użytkownik tego portalu. Korzystając z listy kontaktów dostępnych na naszym mailu Facebook wyszuka naszych znajomych. Przy okazji zapisze maile osób, z którymi się kontaktujemy, w niewidocznej wersji naszego profilu. Odpowiednia informacja trafi również do profilu naszych facebookowych znajomych. Dla Facebooka kontakty zaimportowane przez użytkownika to informacja o nim jak każda inna – zgodnie z logiką portalu można z takimi danymi zrobić wszystko.


Portale społecznościowe zachęcają swoich użytkowników do udostępniania szerokiej gamy informacji o sobie. To nic nowego. Okazuje się jednak, że to, co przekazujemy sami, nie wystarczy. Facebook tworzy także profile osób, które nie korzystają z portalu. Wystarczy, że ich dane znajdują się wśród kontaktów zarejestrowanych użytkowników.
„Podaj swój adres e-mail a znajdziemy Twoich przyjaciół, którzy też korzystają z Facebooka”. Z taką propozycją spotkał się każdy użytkownik tego portalu. Korzystając z listy kontaktów dostępnych na naszym mailu Facebook wyszuka naszych znajomych. Przy okazji zapisze maile osób, z którymi się kontaktujemy, w niewidocznej wersji naszego profilu. Odpowiednia informacja trafi również do profilu naszych facebookowych znajomych. Dla Facebooka kontakty zaimportowane przez użytkownika to informacja o nim jak każda inna – zgodnie z logiką portalu można z takimi danymi zrobić wszystko.

W opisany wyżej sposób swojego „profilu-cienia” mogą doczekać się również osoby, które… nie korzystają z Facebooka. Jeśli tylko ich adres mailowy znalazł się wśród adresów udostępnionych do „wyszukania znajomych”, mają już swój profil, o którym nie wiedzą i na który nie wyraziły zgody. Import kontaktów z poczty to nie jedyny sposób na umożliwienie Facebookowi stworzenia ukrytego profilu osób, które oficjalnie nie są użytkownikami. Wystarczy, że takie osoby są oznaczane na zdjęciach wrzucanych przez użytkowników bądź pojawiają się w ich postach.

To jednak nie koniec. Jeszcze więcej danych Facebook uzyskuje dzięki aplikacji na smartfony. Decydując się na instalację aplikacji, wyrażamy zgodę na dostęp portalu społecznościowego do listy naszych kontaktów, rejestrów połączeń, lokalizacji, kont i danych z innych aplikacji. Co gorsza – w coraz większej liczbie urządzeń z systemem Android aplikacja Facebooka jest zainstalowana automatycznie lub wręcz wpisana w system operacyjny.

Prawdopodobnie Facebook nie jest jedyną firmą, która postępuje w ten sposób, jednak ze względu na jego popularność, taki brak poszanowania prywatności (i to nie tylko użytkowników!) szczególnie martwi. Niestety usunięcie konta z Fb nie wydaje się skutecznym rozwiązaniem. Zniknie jedynie to, co jest widoczne dla użytkowników. Na serwerach Facebooka pozostaną jednak zapisane dane, które trafiły tam wcześniej w postaci „profilu-cienia”. Czy więc przed Fb nie da się uciec? Choć sytuacja wydaje się beznadziejna niektórzy się nie poddają, jak np. aktywiści z Europe vs Facebook, którzy dążą do tego, by portal jasno określił zakres danych, które pobiera o użytkownikach, a także przestrzegał europejskich zasad ochrony danych osobowych.

Anna Walkowiak

Ciemna strona Facebooka

Portale społecznościowe zachęcają swoich użytkowników do udostępniania szerokiej gamy informacji o sobie. To nic nowego. Okazuje się jednak, że to, co przekazujemy sami, nie wystarczy. Facebook tworzy także profile osób, które nie korzystają z portalu. Wystarczy, że ich dane znajdują się wśród kontaktów zarejestrowanych użytkowników.
„Podaj swój adres e-mail a znajdziemy Twoich przyjaciół, którzy też korzystają z Facebooka”. Z taką propozycją spotkał się każdy użytkownik tego portalu. Korzystając z listy kontaktów dostępnych na naszym mailu Facebook wyszuka naszych znajomych. Przy okazji zapisze maile osób, z którymi się kontaktujemy, w niewidocznej wersji naszego profilu. Odpowiednia informacja trafi również do profilu naszych facebookowych znajomych. Dla Facebooka kontakty zaimportowane przez użytkownika to informacja o nim jak każda inna – zgodnie z logiką portalu można z takimi danymi zrobić wszystko.


Portale społecznościowe zachęcają swoich użytkowników do udostępniania szerokiej gamy informacji o sobie. To nic nowego. Okazuje się jednak, że to, co przekazujemy sami, nie wystarczy. Facebook tworzy także profile osób, które nie korzystają z portalu. Wystarczy, że ich dane znajdują się wśród kontaktów zarejestrowanych użytkowników.
„Podaj swój adres e-mail a znajdziemy Twoich przyjaciół, którzy też korzystają z Facebooka”. Z taką propozycją spotkał się każdy użytkownik tego portalu. Korzystając z listy kontaktów dostępnych na naszym mailu Facebook wyszuka naszych znajomych. Przy okazji zapisze maile osób, z którymi się kontaktujemy, w niewidocznej wersji naszego profilu. Odpowiednia informacja trafi również do profilu naszych facebookowych znajomych. Dla Facebooka kontakty zaimportowane przez użytkownika to informacja o nim jak każda inna – zgodnie z logiką portalu można z takimi danymi zrobić wszystko.

W opisany wyżej sposób swojego „profilu-cienia” mogą doczekać się również osoby, które… nie korzystają z Facebooka. Jeśli tylko ich adres mailowy znalazł się wśród adresów udostępnionych do „wyszukania znajomych”, mają już swój profil, o którym nie wiedzą i na który nie wyraziły zgody. Import kontaktów z poczty to nie jedyny sposób na umożliwienie Facebookowi stworzenia ukrytego profilu osób, które oficjalnie nie są użytkownikami. Wystarczy, że takie osoby są oznaczane na zdjęciach wrzucanych przez użytkowników bądź pojawiają się w ich postach.

To jednak nie koniec. Jeszcze więcej danych Facebook uzyskuje dzięki aplikacji na smartfony. Decydując się na instalację aplikacji, wyrażamy zgodę na dostęp portalu społecznościowego do listy naszych kontaktów, rejestrów połączeń, lokalizacji, kont i danych z innych aplikacji. Co gorsza – w coraz większej liczbie urządzeń z systemem Android aplikacja Facebooka jest zainstalowana automatycznie lub wręcz wpisana w system operacyjny.

Prawdopodobnie Facebook nie jest jedyną firmą, która postępuje w ten sposób, jednak ze względu na jego popularność, taki brak poszanowania prywatności (i to nie tylko użytkowników!) szczególnie martwi. Niestety usunięcie konta z Fb nie wydaje się skutecznym rozwiązaniem. Zniknie jedynie to, co jest widoczne dla użytkowników. Na serwerach Facebooka pozostaną jednak zapisane dane, które trafiły tam wcześniej w postaci „profilu-cienia”. Czy więc przed Fb nie da się uciec? Choć sytuacja wydaje się beznadziejna niektórzy się nie poddają, jak np. aktywiści z Europe vs Facebook, którzy dążą do tego, by portal jasno określił zakres danych, które pobiera o użytkownikach, a także przestrzegał europejskich zasad ochrony danych osobowych.

Anna Walkowiak