Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
 

 

Najlepsze owoce – Które owoce są najlepsze dla naszego organizmu, pod względem zawartości przeciwutleniaczy. Ale dlaczego przeciwutleniacze są aż tak ważne?
 
Antyoksydanty, czyli inaczej przeciwutleniacze, zyskują ostatnio coraz więcej zwolenników i nie dzieje się to bez powodu. Przeciwutleniacze w diecie zapobiegają zaburzeniom lub spowalniają ich przebieg. Przeciwutleniacze w żywności zmniejszają ryzyko wystąpienia chorób serca, zwyrodnienia plamki żółtej, cukrzycy a nawet raka.
 
Aby zrozumieć znaczenie przeciwutleniaczy, należy najpierw wyjaśnić czym one są i w jaki sposób pomagają organizmowi zwalczać choroby.
 
Przeciwutleniacze są grupą witamin, minerałów oraz karotenoidów (takich jak witamina C, witamina E, beta-karoten, czyli substancja, która np.: nadaje pomarańczom charakterystyczny pomarańczowy kolor).
 
Ich zadaniem w organizmie człowieka jest zwalczanie tak zwanych wolnych rodników. Wolne rodniki, które występują w organizmie człowieka, są natomiast ubocznym produktem przemiany materii. Powstają podczas zużywania tlenu do produkcji energii, a także wówczas, gdy organizm zwalcza infekcje. Wzmożona produkcja wolnych rodników ma miejsce w warunkach zanieczyszczenia środowiska, gdzie oddziałuje na nas smog, dym, a także pestycydy. Niektóre leki również powodują ich wzrost. Wolne rodniki są niebezpieczne, ponieważ mogą uszkadzać, a nawet zabijać zdrowe komórki.  
 
 
Poniżej tłumaczenie króciutkiego video przygotowanego przez dr Michaela Gregera. Odcinek ten poświęcony jest owocom:
 
Dieta roślinna chroni przed chorobami wywołanymi stresem oksydacyjnym.
 
Ale które pokarmy roślinne są najlepsze?
 
Najzdrowsze są jagody (nie chodzi tutaj specyficznie o czarne jagody, ale o owoce bez pestek)
 
Dla porównania: tyle przeciwutleniaczy zawierają najpopularniejsze owoce w USA czyli banany i jabłka.
 
Najpopularniejszym owocem na świecie jest mango, które wygląda trochę lepiej...
 
ale żaden z tych owoców nie dorównuje jagodom: truskawkom, czarnym jagodom, malinom, żurawinom, jeżynom...
 
Tylko te jagody są dostępne dla większości z nas, chyba że ktoś ma dostęp do owoców czarnej bażyny albo dzikiej róży...
 
Ale wróćmy do owoców, które można kupić w sklepie.
 
A owoce goji?
 
Omówię je w oddzielnym video, poświęconym suszonym owocom.
 
A np. porcja tahitańskiego soku noni?
 
Nie dorównuje nawet bananom.
 
A jeszcze smutniej wygląda szklanka zielonych winogron, które technicznie należą do jagód, ale pod względem wartości odżywczych są jak biały chleb na tosty królestwa owoców.
 
A co z owocami açai?
 
Przeprowadzono na temat açai badania, opublikowane w ostatnim wydaniu magazynu Experimental Gerontology, których tytuł mnie zainteresował:
 
"Owoce palmy açai pomagają przetrwać będącym na diecie wysokotłuszczowej."
 
Pomyślałem, że to jest bardzo interesujące... aż ponownie przeczytałem
 
"Owoce palmy açai pomagają przetrwać MUCHOM będącym na diecie wysokotłuszczowej."
 
Komu to jest potrzebne? Pewnie naukowcy łapali muchy przy śmietniku koło restauracji fast food.
 
Niestety owoców açai nie objęły te badania. Miejmy nadzieję, że znajdą się w następnych badaniach.
 
Do tego czasu zachęcam wszystkich, by codziennie jedli jagody. Miejcie zawsze w lodówce torebkę zamrożonych jagód, takich jakie lubicie. Ale pamiętajcie, że jeżyny mają dwa razy więcej przeciwutleniaczy niż np. truskawki.

Najlepsze owoce

Które owoce są najlepsze dla naszego organizmu, pod względem zawartości przeciwutleniaczy. Ale dlaczego przeciwutleniacze są aż tak ważne?

Antyoksydanty, czyli inaczej przeciwutleniacze, zyskują ostatnio coraz więcej zwolenników i nie dzieje się to bez powodu. Przeciwutleniacze w diecie zapobiegają zaburzeniom lub spowalniają ich przebieg. Przeciwutleniacze w żywności zmniejszają ryzyko wystąpienia chorób serca, zwyrodnienia plamki żółtej, cukrzycy a nawet raka.

Aby zrozumieć znaczenie przeciwutleniaczy, należy najpierw wyjaśnić czym one są i w jaki sposób pomagają organizmowi zwalczać choroby.

Przeciwutleniacze są grupą witamin, minerałów oraz karotenoidów (takich jak witamina C, witamina E, beta-karoten, czyli substancja, która np.: nadaje pomarańczom charakterystyczny pomarańczowy kolor).

Ich zadaniem w organizmie człowieka jest zwalczanie tak zwanych wolnych rodników. Wolne rodniki, które występują w organizmie człowieka, są natomiast ubocznym produktem przemiany materii. Powstają podczas zużywania tlenu do produkcji energii, a także wówczas, gdy organizm zwalcza infekcje. Wzmożona produkcja wolnych rodników ma miejsce w warunkach zanieczyszczenia środowiska, gdzie oddziałuje na nas smog, dym, a także pestycydy. Niektóre leki również powodują ich wzrost. Wolne rodniki są niebezpieczne, ponieważ mogą uszkadzać, a nawet zabijać zdrowe komórki.  


Poniżej tłumaczenie króciutkiego video przygotowanego przez dr Michaela Gregera. Odcinek ten poświęcony jest owocom:

Dieta roślinna chroni przed chorobami wywołanymi stresem oksydacyjnym.

Ale które pokarmy roślinne są najlepsze?

Najzdrowsze są jagody (nie chodzi tutaj specyficznie o czarne jagody, ale o owoce bez pestek)

Dla porównania: tyle przeciwutleniaczy zawierają najpopularniejsze owoce w USA czyli banany i jabłka.

Najpopularniejszym owocem na świecie jest mango, które wygląda trochę lepiej...

ale żaden z tych owoców nie dorównuje jagodom: truskawkom, czarnym jagodom, malinom, żurawinom, jeżynom...

Tylko te jagody są dostępne dla większości z nas, chyba że ktoś ma dostęp do owoców czarnej bażyny albo dzikiej róży...

Ale wróćmy do owoców, które można kupić w sklepie.

A owoce goji?

Omówię je w oddzielnym video, poświęconym suszonym owocom.

A np. porcja tahitańskiego soku noni?

Nie dorównuje nawet bananom.

A jeszcze smutniej wygląda szklanka zielonych winogron, które technicznie należą do jagód, ale pod względem wartości odżywczych są jak biały chleb na tosty królestwa owoców.

A co z owocami açai?

Przeprowadzono na temat açai badania, opublikowane w ostatnim wydaniu magazynu Experimental Gerontology, których tytuł mnie zainteresował:

"Owoce palmy açai pomagają przetrwać będącym na diecie wysokotłuszczowej."

Pomyślałem, że to jest bardzo interesujące... aż ponownie przeczytałem

"Owoce palmy açai pomagają przetrwać MUCHOM będącym na diecie wysokotłuszczowej."

Komu to jest potrzebne? Pewnie naukowcy łapali muchy przy śmietniku koło restauracji fast food.

Niestety owoców açai nie objęły te badania. Miejmy nadzieję, że znajdą się w następnych badaniach.

Do tego czasu zachęcam wszystkich, by codziennie jedli jagody. Miejcie zawsze w lodówce torebkę zamrożonych jagód, takich jakie lubicie. Ale pamiętajcie, że jeżyny mają dwa razy więcej przeciwutleniaczy niż np. truskawki.

Kogo nazywasz ptasim móżdżkiem? – Pewnie zdarzyło Wam się jechać w małej windzie z kilkoma nieznajomymi osobami. Było tłoczno, nie można się było obrócić i myśleliście tylko o tym, kiedy dzwonek zasygnalizuje, że jesteście na właściwym piętrze i możecie wysiąść.

To daje pewne wyobrażenie tego, jak przez całe swoje życie czuje się kura hodowana na jajka w hodowli przemysłowej. To prawdziwa tortura dla tych inteligentnych zwierząt. Tak, inteligentnych!

Powiedzenie o ptasim móżdżku niech odejdzie do lamusa, ponieważ:
1. Kury mają swój własny sposób porozumiewania się. Wykorzystują do tego 24 dźwięki o różnym znaczeniu. Nawet kurczątka przed wykluciem porozumiewają się ze swoją mamą, przekazując jej na przykład, że jest im zimno. Starsze ostrzegają się przed drapieżnikami, używając innego „słowa” na niebezpieczeństwo nadchodzące z ziemi, a innego – z powietrza. 
2. Mamy-kury aktywnie uczą swoje młode przydatnych umiejętności, takich jak szukanie pożywienia i unikanie drapieżników. W jednym z doświadczeń kury, które nauczone były, że odpowiednie dla nich jest czerwone pożywienie, w momencie, gdy ich kurczątka dostały jedzenie w kolorze niebieskim zaczynały krzyczeć, gdakać i dawać wszelki znaki ostrzegające, dzięki czemu ich małe mogły się również nauczyć, które pożywienie jest dla nich dobre. 
3. Kury są bardzo dobrymi obserwatorami i szybko się uczą. Potrafią na przykład nauczyć się, że jakiś rodzaj pożywienia jest niesmaczny poprzez obserwację tego, jak reagują na nie inne kury.
4. Kury pamiętają ludzi, miejsca i przedmioty, nawet jeśli nie widziały ich kilka miesięcy. Jeśli wychowaliście się albo mieszkacie na wsi i macie kontakt z kurami, pewnie sami możecie to potwierdzić.
5. Kury potrafią rozwiązywać kompleksowe problemy, liczyć oraz rozpoznawać figury geometryczne. Niczym Albert Kurstein. W jednym doświadczeniu udowodniono, że nawet malutkie kurczęta potrafiły rozpoznać i zapamiętać cyfrę (1-10), którą oznaczony był pojemnik z jedzeniem. Po zmianie kolejności trafiały do właściwego.
6.Kury planują z wyprzedzeniem i biorą pod uwagę doświadczenia z przeszłości. Potrafią na przykład zrezygnować z natychmiast otrzymanej małej porcji jedzenia i cierpliwie czekać na większa porcję. Jeszcze ciekawsze są ich zachowania związane z kwestią znalezienia partnera/ki.
7. Kury używają Słońca jako kompasu. Dzięki temu mogą znajdować pożywienie, wodę oraz bezpieczne schronienie; daje im to też poczucie upływania czasu. Jeśli nauczą się, że o określonej porze dostają jedzenie, będą wtedy czekać i niecierpliwie gdakać. 

Mamy nadzieję, że dzięki temu inaczej będziecie myśleć o ptakach jako takich i o kurach, które niesłusznie są postrzegane jako niezbyt inteligentne zwierzęta.  

Na podstawie materiałów HSUS

Kogo nazywasz ptasim móżdżkiem?

Pewnie zdarzyło Wam się jechać w małej windzie z kilkoma nieznajomymi osobami. Było tłoczno, nie można się było obrócić i myśleliście tylko o tym, kiedy dzwonek zasygnalizuje, że jesteście na właściwym piętrze i możecie wysiąść.

To daje pewne wyobrażenie tego, jak przez całe swoje życie czuje się kura hodowana na jajka w hodowli przemysłowej. To prawdziwa tortura dla tych inteligentnych zwierząt. Tak, inteligentnych!

Powiedzenie o ptasim móżdżku niech odejdzie do lamusa, ponieważ:
1. Kury mają swój własny sposób porozumiewania się. Wykorzystują do tego 24 dźwięki o różnym znaczeniu. Nawet kurczątka przed wykluciem porozumiewają się ze swoją mamą, przekazując jej na przykład, że jest im zimno. Starsze ostrzegają się przed drapieżnikami, używając innego „słowa” na niebezpieczeństwo nadchodzące z ziemi, a innego – z powietrza.
2. Mamy-kury aktywnie uczą swoje młode przydatnych umiejętności, takich jak szukanie pożywienia i unikanie drapieżników. W jednym z doświadczeń kury, które nauczone były, że odpowiednie dla nich jest czerwone pożywienie, w momencie, gdy ich kurczątka dostały jedzenie w kolorze niebieskim zaczynały krzyczeć, gdakać i dawać wszelki znaki ostrzegające, dzięki czemu ich małe mogły się również nauczyć, które pożywienie jest dla nich dobre.
3. Kury są bardzo dobrymi obserwatorami i szybko się uczą. Potrafią na przykład nauczyć się, że jakiś rodzaj pożywienia jest niesmaczny poprzez obserwację tego, jak reagują na nie inne kury.
4. Kury pamiętają ludzi, miejsca i przedmioty, nawet jeśli nie widziały ich kilka miesięcy. Jeśli wychowaliście się albo mieszkacie na wsi i macie kontakt z kurami, pewnie sami możecie to potwierdzić.
5. Kury potrafią rozwiązywać kompleksowe problemy, liczyć oraz rozpoznawać figury geometryczne. Niczym Albert Kurstein. W jednym doświadczeniu udowodniono, że nawet malutkie kurczęta potrafiły rozpoznać i zapamiętać cyfrę (1-10), którą oznaczony był pojemnik z jedzeniem. Po zmianie kolejności trafiały do właściwego.
6.Kury planują z wyprzedzeniem i biorą pod uwagę doświadczenia z przeszłości. Potrafią na przykład zrezygnować z natychmiast otrzymanej małej porcji jedzenia i cierpliwie czekać na większa porcję. Jeszcze ciekawsze są ich zachowania związane z kwestią znalezienia partnera/ki.
7. Kury używają Słońca jako kompasu. Dzięki temu mogą znajdować pożywienie, wodę oraz bezpieczne schronienie; daje im to też poczucie upływania czasu. Jeśli nauczą się, że o określonej porze dostają jedzenie, będą wtedy czekać i niecierpliwie gdakać.

Mamy nadzieję, że dzięki temu inaczej będziecie myśleć o ptakach jako takich i o kurach, które niesłusznie są postrzegane jako niezbyt inteligentne zwierzęta.

Na podstawie materiałów HSUS

Ironia – Kuchenka mikrofalowa to śmierć na raty!

Przedstawiam dziś nagranie video o kuchenkach mikrofalowych i o tym, jak mikrofale niszczą strukturę aminokwasów i białek w pożywieniu. Żywność poddana działaniu fal mikrofalowych przestaje zupełnie przypominać jedzenie, a wszelkie odżywcze substancje zamieniają się w substancje całkowicie nieprzyswajalne, niestrawne i powodujące liczne choroby. To tak, jakby zjeść styropian albo papier toaletowy.

https://www.youtube.com/watch?v=uteiypBIldA

Ironia

Kuchenka mikrofalowa to śmierć na raty!

Przedstawiam dziś nagranie video o kuchenkach mikrofalowych i o tym, jak mikrofale niszczą strukturę aminokwasów i białek w pożywieniu. Żywność poddana działaniu fal mikrofalowych przestaje zupełnie przypominać jedzenie, a wszelkie odżywcze substancje zamieniają się w substancje całkowicie nieprzyswajalne, niestrawne i powodujące liczne choroby. To tak, jakby zjeść styropian albo papier toaletowy.

https://www.youtube.com/watch?v=uteiypBIldA

Efekt placebo - czy człowiek może sam się uleczyć? – Grunt to dobre nastawienie! Trudno jednak oczekiwać, aby osoba zaatakowana przez groźne choróbsko tryskała optymizmem. Trzeba więc sprawić, aby pacjent uwierzył w swoje rychłe uzdrowienie. Jak się okazuje, najlepiej w takich wypadkach sprawdza się... kłamstwo!


Chory dostaje cudowny lek oraz obietnicę jego niezawodnej skuteczności. Wkrótce jego stan się poprawia, mimo że w rzeczywistości pigułki, które łyka, teoretycznie nie zawierają żadnej substancji, która mogłaby komukolwiek poprawić stan zdrowia...

Ante patientum latina lingua est

Od niepamiętnych czasów ludzie korzystali z mocy amuletów, szamańskich modłów oraz tak dziwnych praktyk, jak leżenie krzyżem czy pielgrzymki do „uzdrawiających” źródeł, aby na własnej skórze poczuć cudowną moc najzwyklejszej wody. Wiara. Jak się okazuje, to nie mniej ważny niż lekarstwo czy chirurgiczny skalpel element walki z chorobą. Mimo że efekt placebo znany jest od zarania dziejów. W średniowieczu lekarze korzystali z zasady: „Ante patientum latina lingua est” („W obecności chorego mówić po łacinie”). Najwyraźniej ktoś odkrył, że znacznie lepsze samopoczucie mają chorzy, którym podaje się anethum niż prozaicznie brzmiący „koper włoski”.

Poważne badania i eksperymenty, mające na celu poznanie tajemnicy mechanizmu placebo, zaczęto prowadzić dopiero w XX wieku. Niekiedy jednak ten medyczny fenomen dawał o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Podczas II wojny światowej amerykański lekarz polowy Henry Beecher ze zgrozą odkrył, że skończyły mu się zapasy morfiny, która stosowana była jako silny środek przeciwbólowy, podawany ciężko rannym żołnierzom. Postanowił jednak nikogo nie informować o tych brakach i zamiast narkotyku, Beecher zaczął stosować najzwyklejszą sól fizjologiczną. Ku jego zdziwieniu na niemal połowę pacjentów preparat ten podziałał wcale nie gorzej niż morfina...

Placebo - solidny antydepresant?

Podobnie sprawa się ma w przypadku leczenia depresji. Według jednego z ostatnich badań, skuteczność w leczeniu tego zaburzenia psychicznego za pomocą drogich medykamentów czy psychoterapii jest porównywalna z efektem, który uzyskano podając pacjentom placebo. Póki co, jako że ten fenomen jest dla nas ciągle tajemnicą, badacze sugerują, aby wstrzymać się z pochopnymi wnioskami.
Jednocześnie z hurraoptymistycznymi doniesieniami na temat tego typu badań, idą całkiem sceptycznie wypowiedzi rzeczników koncernów farmaceutycznych. Trudno się akurat temu dziwić – od czasu wprowadzenia na rynek Prozacu w latach 80., liczba przepisywanych antydepresantów wzrosła o 400%, a w samych tylko Stanach Zjednoczonych obywatele wydają 11,3 miliarda dolarów na leczenie depresji.

Cena ma znaczenie...

Wiadomo – w naszym przekonaniu im coś droższe, tym lepsze i skuteczniejsze. Szczególnie jeśli mówimy o lekarstwach. Okazuje się, że ta prawidłowość dotyczy też medykamentów, które są jedną, wielką ściemą. Do takiego wniosku doszli naukowcy z instytutu w Massachusetts. Podzielili oni składająca się z 82 osób grupę badanych na dwie grupy. Pierwszej podano placebo z ulotką mówiącą, że jest to skuteczny środek przeciwbólowy za 2,5 dolara. Tymczasem pozostali otrzymali ten sam „lek”, ale z informacją, że został on przeceniony i obecnie kosztuje zaledwie 10 centów. Następnie przystąpiono do rażenia pacjentów prądem. Okazało się, że 85% badanych, którzy przyjęli pastylkę sprzedawaną po normalnej cenie, zauważyło ulgę związaną z wyraźnym stępieniem bólu. Tymczasem z grupy, która skosztowała przeceniony lek, jedynie 61% odnotowało efekt działania medykamentu.

...podobnie jak kolor!

To jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że znaczenie ma nawet barwa pastylki, którą przyjmuje nieświadomy pacjent. Wygląda na to, że podświadomie łączymy wygląd i kolor lekarstwa z tym, jak dobrze ono na nas podziała. Badania tego fenomenu dowiodły, że żółte pastylki placebo najlepiej sprawdzają się jako środki antydepresyjne, podczas gdy zielone działają uspokajająco. Czerwone pigułki sprawiały, że badani byli bardziej pobudzeni, a białe lekarstwa wykazały kojący efekt w przypadku problemów żołądkowych.
Przy okazji okazało się, że najlepszą dawką w przypadku środków placebo jest przyjmowanie pigułek cztery razy dziennie. A, no i nie można zapominać o tym, że tabletki powinny mieć wytłoczoną nazwę leku – również i to wpływa na ich skuteczność. Wygląda na to, że jesteśmy jednak bardzo powierzchowni, nawet w przypadku łykania nieskutecznych dropsów.

Nie tylko lekarstwa

A gdyby tak pacjenta rozkroić na stole operacyjnym tylko po to, aby z powrotem go zaszyć, a następnie biedaka poinformować, że operacja przeszła pomyślnie i teraz pozostaje mu tylko szybko dojść do siebie? Również i w tym wypadku kłamstwo przynosi zaskakująco pozytywne wyniki. W 2002 roku przeprowadzono eksperyment z udziałem 180 osób cierpiących na bolesne zapalenie kości i stawów kolanowych. Najlepszy efekt zabiegu chirurgicznego zaobserwowano u osób, które... wcale nie były operowane. Zamiast tego chirurdzy delikatnie jedynie nacięli im skórę na nogach. Większość z pacjentów cieszyła się zniwelowaniem dokuczliwego bólu. Pod tym względem chorzy nieświadomi tego, że zostali oszukani przez lekarzy, zdecydowanie przebili tych, którzy faktycznie przeszli przez chirurgiczną procedurę usuwania z kolan luźnych chrząstek.

Upić się „na niby”

Nieprawdopodobna siła sugestii nie działa jedynie na pacjentów faszerowanych fałszywymi lekami, ale także i na tych, którzy wlewają w siebie alkohol z nadzieją na szybkie upicie się. Okazuje się, że biorący udział w badaniu nowozelandzcy studenci, którym zamiast wódki podano wodę z tonikiem i cytryną, wykazali znaczny spadek swojej pamięci oraz czasowe obniżenie IQ. Niektórzy nie tylko czuli się pijani, ale i wykazywali fizyczne oznaki swojej nietrzeźwości.

Nocebo - zły brat bliźniak Placebo

Jak wiadomo wszystko we Wszechświecie dąży do równowagi. Trudno się więc dziwić, że istnieje też zjawisko będące odwrotnością efektu placebo. Ile razy słyszeliśmy o osobach, które wmówiły sobie chorobę i ku zdziwieniu lekarzy wkrótce zaczęły mieć wszystkie jej objawy?
Parę dekad temu przeprowadzono eksperyment na studentach (znowu...), polegający na rzekomym porażeniu ich prądem. Badacze od razu zaznaczyli, że efektem ubocznym tego zabiegu może być lekki ból głowy. I rzeczywiście tak było. Dwie trzecie osób biorących udział w eksperymencie zaczęło cierpieć na nieznośne migreny, mimo że tak naprawdę całe to rażenie prądem było jedną wielką ściemą.
Efekt nocebo obserwowany jest też u pacjentów, którym podaje się penicylinę. Negatywna autosugestia sprawia, że prawie 97% osób przyjmujących ten lek skarży się na objawy silnej alergii.
I jeszcze jedno - „przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki”. Znajdziesz tam rubryczkę dotyczącą niepożądanych skutków ubocznych stosowania leku. Przeczytałeś? To teraz wiedz, że masz większe szanse, by jeden z tych przykrych efektów odczuć na własnej skórze. W tak dziwny sposób działa na nas strach.

To jakieś voodoo?

A trzeba wam wiedzieć, że ten mały sukinsyn potrafi nawet zabić. W 1942 roku amerykański neurolog Walter Cannon opisał pewien fenomen, który został przez niego ochrzczony nazwą „śmierci voodoo”. Naukowiec opisał szereg przypadków, kiedy człowiek będąc święcie przekonanym o tym, że ktoś nałożył na niego klątwę, rzeczywiście umiera. Jednym z przykładów nagłej śmierci jest badana przez doktora Cannona sprawa kobiety z plemienia Maorysów. Niewiasta przez przypadek zjadła owoc, który według jej regionalnych wierzeń był obiektem świętym, a jego zhańbienie równoznaczne jest przyjęciu na siebie klątwy. Uwierzyła w to nie tylko nieszczęsna kobieta, ale także i jej najbliższa rodzina, która zaczęła wręcz szykować się do wyprawienia jej pogrzebu. W niecałą dobę później klątwa rzeczywiście zadziałała - całkiem zdrowa babina wyzionęła ducha.

Czyżbyśmy rozszyfrowali tajemnicę tego fenomenu?

Może to jeszcze za dużo powiedziane, ale wszystko wskazuje na to, że nauka zabiera się do tematu z właściwej strony. Naukowcy z uniwersytetu w Michigan zebrali grupę ochotników, którym zaaplikowano w szczęki zastrzyk z solnego roztworu. Aby złagodzić ból wywołany takim zabiegiem, badacze podali pacjentom kolejną porcję tej samej substancji, tłumacząc, że tym razem jest to bardzo silny środek przeciwbólowy. Jak można się było spodziewać, większość ochotników poczuła wyraźną ulgę. Tomografia mózgów osób biorących udział w tym eksperymencie wykazała, że przyjęcie leku placebo sprawiło, że odpowiedzialne za odczuwanie bólu receptory opioidowe zostały zajęte przez endorfiny. Dzięki temu procesowi dyskomfort faktycznie został zredukowany! Kierujący tym doświadczeniem doktor Jon-Kar Zubieta twierdzi, że efektu placebo nie można już traktować jako reakcji psychologicznej.
Wygląda na to, że ludzki mózg w odpowiedniej sytuacji sam może aktywować rzeczywisty, chemiczny mechanizm, który bezpośrednio wpływa na proces „samoleczenia się” pacjenta!


Być może jednak „prymitywne” obrzędy, szamańskie rytuały i ludowe zabobony wcale nie powinny być przez nas wykpiwane. Jeśli ktoś mocno wierzy, że wysuszone oko ropuchy wtarte w odbyt jest niezawodnym lekiem na hemoroidy, to już połowa sukcesu!;)

Efekt placebo - czy człowiek może sam się uleczyć?

Grunt to dobre nastawienie! Trudno jednak oczekiwać, aby osoba zaatakowana przez groźne choróbsko tryskała optymizmem. Trzeba więc sprawić, aby pacjent uwierzył w swoje rychłe uzdrowienie. Jak się okazuje, najlepiej w takich wypadkach sprawdza się... kłamstwo!


Chory dostaje cudowny lek oraz obietnicę jego niezawodnej skuteczności. Wkrótce jego stan się poprawia, mimo że w rzeczywistości pigułki, które łyka, teoretycznie nie zawierają żadnej substancji, która mogłaby komukolwiek poprawić stan zdrowia...

Ante patientum latina lingua est

Od niepamiętnych czasów ludzie korzystali z mocy amuletów, szamańskich modłów oraz tak dziwnych praktyk, jak leżenie krzyżem czy pielgrzymki do „uzdrawiających” źródeł, aby na własnej skórze poczuć cudowną moc najzwyklejszej wody. Wiara. Jak się okazuje, to nie mniej ważny niż lekarstwo czy chirurgiczny skalpel element walki z chorobą. Mimo że efekt placebo znany jest od zarania dziejów. W średniowieczu lekarze korzystali z zasady: „Ante patientum latina lingua est” („W obecności chorego mówić po łacinie”). Najwyraźniej ktoś odkrył, że znacznie lepsze samopoczucie mają chorzy, którym podaje się anethum niż prozaicznie brzmiący „koper włoski”.

Poważne badania i eksperymenty, mające na celu poznanie tajemnicy mechanizmu placebo, zaczęto prowadzić dopiero w XX wieku. Niekiedy jednak ten medyczny fenomen dawał o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Podczas II wojny światowej amerykański lekarz polowy Henry Beecher ze zgrozą odkrył, że skończyły mu się zapasy morfiny, która stosowana była jako silny środek przeciwbólowy, podawany ciężko rannym żołnierzom. Postanowił jednak nikogo nie informować o tych brakach i zamiast narkotyku, Beecher zaczął stosować najzwyklejszą sól fizjologiczną. Ku jego zdziwieniu na niemal połowę pacjentów preparat ten podziałał wcale nie gorzej niż morfina...

Placebo - solidny antydepresant?

Podobnie sprawa się ma w przypadku leczenia depresji. Według jednego z ostatnich badań, skuteczność w leczeniu tego zaburzenia psychicznego za pomocą drogich medykamentów czy psychoterapii jest porównywalna z efektem, który uzyskano podając pacjentom placebo. Póki co, jako że ten fenomen jest dla nas ciągle tajemnicą, badacze sugerują, aby wstrzymać się z pochopnymi wnioskami.
Jednocześnie z hurraoptymistycznymi doniesieniami na temat tego typu badań, idą całkiem sceptycznie wypowiedzi rzeczników koncernów farmaceutycznych. Trudno się akurat temu dziwić – od czasu wprowadzenia na rynek Prozacu w latach 80., liczba przepisywanych antydepresantów wzrosła o 400%, a w samych tylko Stanach Zjednoczonych obywatele wydają 11,3 miliarda dolarów na leczenie depresji.

Cena ma znaczenie...

Wiadomo – w naszym przekonaniu im coś droższe, tym lepsze i skuteczniejsze. Szczególnie jeśli mówimy o lekarstwach. Okazuje się, że ta prawidłowość dotyczy też medykamentów, które są jedną, wielką ściemą. Do takiego wniosku doszli naukowcy z instytutu w Massachusetts. Podzielili oni składająca się z 82 osób grupę badanych na dwie grupy. Pierwszej podano placebo z ulotką mówiącą, że jest to skuteczny środek przeciwbólowy za 2,5 dolara. Tymczasem pozostali otrzymali ten sam „lek”, ale z informacją, że został on przeceniony i obecnie kosztuje zaledwie 10 centów. Następnie przystąpiono do rażenia pacjentów prądem. Okazało się, że 85% badanych, którzy przyjęli pastylkę sprzedawaną po normalnej cenie, zauważyło ulgę związaną z wyraźnym stępieniem bólu. Tymczasem z grupy, która skosztowała przeceniony lek, jedynie 61% odnotowało efekt działania medykamentu.

...podobnie jak kolor!

To jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że znaczenie ma nawet barwa pastylki, którą przyjmuje nieświadomy pacjent. Wygląda na to, że podświadomie łączymy wygląd i kolor lekarstwa z tym, jak dobrze ono na nas podziała. Badania tego fenomenu dowiodły, że żółte pastylki placebo najlepiej sprawdzają się jako środki antydepresyjne, podczas gdy zielone działają uspokajająco. Czerwone pigułki sprawiały, że badani byli bardziej pobudzeni, a białe lekarstwa wykazały kojący efekt w przypadku problemów żołądkowych.
Przy okazji okazało się, że najlepszą dawką w przypadku środków placebo jest przyjmowanie pigułek cztery razy dziennie. A, no i nie można zapominać o tym, że tabletki powinny mieć wytłoczoną nazwę leku – również i to wpływa na ich skuteczność. Wygląda na to, że jesteśmy jednak bardzo powierzchowni, nawet w przypadku łykania nieskutecznych dropsów.

Nie tylko lekarstwa

A gdyby tak pacjenta rozkroić na stole operacyjnym tylko po to, aby z powrotem go zaszyć, a następnie biedaka poinformować, że operacja przeszła pomyślnie i teraz pozostaje mu tylko szybko dojść do siebie? Również i w tym wypadku kłamstwo przynosi zaskakująco pozytywne wyniki. W 2002 roku przeprowadzono eksperyment z udziałem 180 osób cierpiących na bolesne zapalenie kości i stawów kolanowych. Najlepszy efekt zabiegu chirurgicznego zaobserwowano u osób, które... wcale nie były operowane. Zamiast tego chirurdzy delikatnie jedynie nacięli im skórę na nogach. Większość z pacjentów cieszyła się zniwelowaniem dokuczliwego bólu. Pod tym względem chorzy nieświadomi tego, że zostali oszukani przez lekarzy, zdecydowanie przebili tych, którzy faktycznie przeszli przez chirurgiczną procedurę usuwania z kolan luźnych chrząstek.

Upić się „na niby”

Nieprawdopodobna siła sugestii nie działa jedynie na pacjentów faszerowanych fałszywymi lekami, ale także i na tych, którzy wlewają w siebie alkohol z nadzieją na szybkie upicie się. Okazuje się, że biorący udział w badaniu nowozelandzcy studenci, którym zamiast wódki podano wodę z tonikiem i cytryną, wykazali znaczny spadek swojej pamięci oraz czasowe obniżenie IQ. Niektórzy nie tylko czuli się pijani, ale i wykazywali fizyczne oznaki swojej nietrzeźwości.

Nocebo - zły brat bliźniak Placebo

Jak wiadomo wszystko we Wszechświecie dąży do równowagi. Trudno się więc dziwić, że istnieje też zjawisko będące odwrotnością efektu placebo. Ile razy słyszeliśmy o osobach, które wmówiły sobie chorobę i ku zdziwieniu lekarzy wkrótce zaczęły mieć wszystkie jej objawy?
Parę dekad temu przeprowadzono eksperyment na studentach (znowu...), polegający na rzekomym porażeniu ich prądem. Badacze od razu zaznaczyli, że efektem ubocznym tego zabiegu może być lekki ból głowy. I rzeczywiście tak było. Dwie trzecie osób biorących udział w eksperymencie zaczęło cierpieć na nieznośne migreny, mimo że tak naprawdę całe to rażenie prądem było jedną wielką ściemą.
Efekt nocebo obserwowany jest też u pacjentów, którym podaje się penicylinę. Negatywna autosugestia sprawia, że prawie 97% osób przyjmujących ten lek skarży się na objawy silnej alergii.
I jeszcze jedno - „przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki”. Znajdziesz tam rubryczkę dotyczącą niepożądanych skutków ubocznych stosowania leku. Przeczytałeś? To teraz wiedz, że masz większe szanse, by jeden z tych przykrych efektów odczuć na własnej skórze. W tak dziwny sposób działa na nas strach.

To jakieś voodoo?

A trzeba wam wiedzieć, że ten mały sukinsyn potrafi nawet zabić. W 1942 roku amerykański neurolog Walter Cannon opisał pewien fenomen, który został przez niego ochrzczony nazwą „śmierci voodoo”. Naukowiec opisał szereg przypadków, kiedy człowiek będąc święcie przekonanym o tym, że ktoś nałożył na niego klątwę, rzeczywiście umiera. Jednym z przykładów nagłej śmierci jest badana przez doktora Cannona sprawa kobiety z plemienia Maorysów. Niewiasta przez przypadek zjadła owoc, który według jej regionalnych wierzeń był obiektem świętym, a jego zhańbienie równoznaczne jest przyjęciu na siebie klątwy. Uwierzyła w to nie tylko nieszczęsna kobieta, ale także i jej najbliższa rodzina, która zaczęła wręcz szykować się do wyprawienia jej pogrzebu. W niecałą dobę później klątwa rzeczywiście zadziałała - całkiem zdrowa babina wyzionęła ducha.

Czyżbyśmy rozszyfrowali tajemnicę tego fenomenu?

Może to jeszcze za dużo powiedziane, ale wszystko wskazuje na to, że nauka zabiera się do tematu z właściwej strony. Naukowcy z uniwersytetu w Michigan zebrali grupę ochotników, którym zaaplikowano w szczęki zastrzyk z solnego roztworu. Aby złagodzić ból wywołany takim zabiegiem, badacze podali pacjentom kolejną porcję tej samej substancji, tłumacząc, że tym razem jest to bardzo silny środek przeciwbólowy. Jak można się było spodziewać, większość ochotników poczuła wyraźną ulgę. Tomografia mózgów osób biorących udział w tym eksperymencie wykazała, że przyjęcie leku placebo sprawiło, że odpowiedzialne za odczuwanie bólu receptory opioidowe zostały zajęte przez endorfiny. Dzięki temu procesowi dyskomfort faktycznie został zredukowany! Kierujący tym doświadczeniem doktor Jon-Kar Zubieta twierdzi, że efektu placebo nie można już traktować jako reakcji psychologicznej.
Wygląda na to, że ludzki mózg w odpowiedniej sytuacji sam może aktywować rzeczywisty, chemiczny mechanizm, który bezpośrednio wpływa na proces „samoleczenia się” pacjenta!


Być może jednak „prymitywne” obrzędy, szamańskie rytuały i ludowe zabobony wcale nie powinny być przez nas wykpiwane. Jeśli ktoś mocno wierzy, że wysuszone oko ropuchy wtarte w odbyt jest niezawodnym lekiem na hemoroidy, to już połowa sukcesu!;)

Jeden przemysł, miliony ofiar... – Przemysł futrzarski ma dużo do ukrycia. Ukrywa przede wszystkim miliony swoich ofiar, ginących każdego roku za murami ferm.

Raporty ze śledztw, informacje o życiu norek i lisów, mapa protestów w Polsce - wszystko to znajdziecie pod jednym adresem: www.cenafutra.info
Udostępnij i pokaż znajomym, jak traktuje się w Polsce zwierzęta na futro!

Jeden przemysł, miliony ofiar...

Przemysł futrzarski ma dużo do ukrycia. Ukrywa przede wszystkim miliony swoich ofiar, ginących każdego roku za murami ferm.

Raporty ze śledztw, informacje o życiu norek i lisów, mapa protestów w Polsce - wszystko to znajdziecie pod jednym adresem: www.cenafutra.info
Udostępnij i pokaż znajomym, jak traktuje się w Polsce zwierzęta na futro!


TOP obrazków miesiąca