Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Terror przebaczania

Terror przebaczania

Odkąd pamiętam, temat przebaczania był dla mnie źródłem stresu, bowiem nie potrafiłam spełnić wymogu przebaczenia, które - jak mi mówiono - jest warunkiem bycia „świętym", światłym, czy choćby po prostu spokojnym i zdrowym...



A że nie byłam doskonała, ani nawet spokojna i zdrowa (a bardzo być chciałam!), zaś znawcy dróg rozwoju duchowego i zdrowia psychicznego radzili, by każdą łzę ocierać chusteczką przebaczenia, to bardzo się starałam przebaczać innym, sobie, a nawet dokonywałam jakiejś ekwilibrystyki myślowej, gdy łzy płynęły z powodów nie związanych z żadną osobą.

Pomimo moich starań było to dla mnie niewykonalne, nie byłam w stanie powiedzieć ani do siebie ani do kogoś: "Przebaczam ci!", bo wprowadzało to we mnie jakiś wewnętrzny chaos i zakłamanie. Słuchając o przebaczaniu miałam wrażenie, że kąpię się w morzu absurdu, ponieważ nigdy nie czułam i nie uznawałam istnienia winy, z którym przebaczanie - w powszechnym rozumieniu - jest związane, a ponadto miałam wrażenie, że w tej zabawie liczy się wszystko inne, tylko nie ja (to kim jestem w swej istocie, a nie roli społecznej). Dla mnie naturalnym odruchem było znajdowanie rozwiązań problemów i eliminacji napięć, a nie szukanie winowajcy i przebaczenia; i lepiej lub gorzej to mi się udawało.

W pewnym momencie życia znalazłam się w sytuacji tak trudnej psychicznie, że zawiesiłam się gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Nie ma ulgi przebaczenia, bo nie potrafię stworzyć oskarżenia; zarazem jednak nie ma ucieczki, nie ma komunikacji, nie ma możliwości zmiany, a jest cały pakiet nakazów, zakazów i wyobrażeń, którym trzeba sprostać, a sprostać im nie można. Zostałam złapana w kleszcze niemocy i niezrozumienia, psychiczny pat i żadnej możliwości ruchu. To, że w pewnym układzie ludzi i doświadczeń, życie człowieka przerasta, było dla mnie zrozumiałe. Zagadką pozostawało, co powodowało, że perspektywa odejścia z tego świata w takim stanie rzeczy była dla mnie nie do przyjęcia. Były to sprawy nie załatwione, napięcia nie rozładowane, pytania domagające się odpowiedzi. W takim impasie umrzeć nie można, a nawet nie powinno się.

Szukałam wyjścia z tego impasu. W pewnej chwili natknęłam się na zdanie w książce Serge'a Kahili Kinga "Szaman miejski": „Wybaczenie to w istocie decyzja, że cokolwiek się stało, przestało być ważne, czyli nie ma już znaczenia". Wreszcie ktoś jasno to wyraził. Wreszcie ktoś nie mówi o odpuszczaniu win! Wreszcie ktoś nie mówi, że trzeba wszystkich kochać, wszystko akceptować i przebaczać winy. I uświadomiłam sobie, że to "szamańskie" znaczenie słowa "przebaczenie" było zawsze przed moimi oczami.

Przebaczenie to w istocie prze-baczenie, to DECYZJA, że przestaję dawać czemuś baczenie, nie skupiam na czymś swojej uwagi; to przejście z przeszłości do teraźniejszości i przyszłości, zostawienie za sobą tego, co było i spoglądanie na nowe widoki z drugiego krańca mostu, po którym się przeszło, a jednocześnie postrzeganie starych widoków z innej perspektywy, jakby z drugiego brzegu rzeki.

Przebaczać to: darować (dać coś komuś bez oczekiwania zapłaty), odpuszczać (puścić coś, co nie jest moje, albo co było tymczasowe, jak od-dać, od-jechać, od-łączyć), puszczać w niepamięć, zapominać (w sensie: nie rozpamiętywać).

Ale uwaga! Ta decyzja musi być oparta na świadomości, że winy nie ma, że nie ma grzechu ani nawet błędu, choć są przyczyny i skutki (często niemożliwe do uchwycenia w rzeczywistości postrzegalnej). Ta decyzja wiąże się też czasami z rezygnacją z czegoś, co było lub jest dla nas ważne.

No cóż, nie jest to łatwe, ale od czegoś trzeba zacząć.

Skoro już wiadomo, czym przebaczenie JEST, zdejmijmy z niego kilka teatralnych kostiumów służących do odgrywania dramatów, odczarujmy je z zaklęć.

Idea winy nie jest immanentną treścią czy właściwością umysłu, jest koncepcją, którą my ludzie przyswoiliśmy sobie funkcjonując w określonej kulturze. Analogicznie, idea przebaczenia jest koncepcją będącą następstwem stworzenia idei winy; jest czymś zmiennym i "użytkowym" w określonym systemie społecznym. A źródłem dzisiejszego znaczenia ich obu jest pojęcie dobra i zła - zarówno w aspekcie: co jest dobre, a co złe w wymiarze boskim, jak i w aspekcie tego, co jest dobre, a co złe dla konkretnego człowieka.

Sednem aktualnej koncepcji przebaczenia jest uznanie istnienia konkretnego zła, które ktoś świadomie czyni i ponosi za to winę. (Dociekliwych odsyłam do Słownika Języka Polskiego oraz do Katechizmu Kościoła Katolickiego.)

Każdy z nas na różne sposoby doświadczył i doświadcza różnego rodzaju cierpienia na poziomie fizycznym i psychicznym. Szukając przyczyn cierpienia stworzyliśmy ideę sprawcy cierpienia, którego działanie nosi znamiona winy, grzechu, błędu itp., a samych siebie postawiliśmy w roli ofiary, która doświadcza bólu z ręki oprawcy - złoczyńcy. Szukając lekarstwa na uśmierzenie bólu stworzyliśmy m.in. ideę przebaczenia jako aktu wspaniałomyślności ofiary i jej miłości do nieprzyjaciela. Okazało się to pułapką, która obrosła licznymi przekonaniami.

* Koncepcja zła. Zło jest i zarazem go nie ma. Zło, u podstawy swojej, to czynnik, który wywołuje poczucie dyskomfortu. Przykazania chrześcijańskie, buddyjskie czy jakiekolwiek inne są tylko wskazaniem na to, jakie czyny w danej kulturze wywołują poczucie dyskomfortu, zagrożenia czy cierpienia.

* Koncepcja sprawcy cierpienia. Na wszystko można spojrzeć inaczej, nawet na holokaust. Ja nie usprawiedliwiam holokaustu, chcę tylko pokazać, że każde zjawisko ma różne oblicza.

Wyobraźmy sobie, że musimy oczyścić ranę. Robiąc to zabijamy mnóstwo bakterii – tych chorobotwórczych i tych całkiem nieszkodliwych, albo nawet pożytecznych, i z punktu widzenia bakterii będzie to holokaust, ale z punktu widzenia zranionego człowieka będzie to zabieg medyczny, a z punktu widzenia wody utlenionej będzie to robienie tego, do czego jest przeznaczona, wykorzystywanie swoich właściwości. Z takiego postrzegania rzeczywistości może zrodzić się faszyzm wynikający z niewiedzy i lęku (oczyścić społeczeństwo z odmieńców rzekomo winnych dyskomfortu, którego doznajemy), albo odpowiedzialne twórcze działanie (świadoma odwaga przekształcania środowiska bez poczucia winy, ale z poczuciem odpowiedzialności za własne czyny). Po prostu, każde działanie wynika ze splotu wielkiej ilości czynników i musi być ktoś, poprzez kogo przemiany się dokonują.

* Koncepcja świadomego czynienia zła. Badania psychologiczne wykazały, że nie ma nikogo, kto działałby świadomie w złej wierze. Wszyscy ludzie, nawet psychopaci, nawet ludzie chorzy psychicznie, podejmują określone działania, bo sądzą, że da to pozytywny wynik, bo coś tym osiągną, coś pokażą światu, bo wyjdzie to na dobre, jak w powiedzeniu: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".

* Koncepcja ofiary. Doszło do tego, że bycie ofiarą to jakiś rodzaj cnoty, że to coś pożądanego. Ta "cnota" jest logicznym następstwem idei ofiary i oprawcy, bowiem oprawca to złoczyńca, ktoś, kto czyni zło, a że antynomią zła jest dobro, więc bycie ofiarą jest czymś dobrym, i tak oto tworzymy uzasadnienia dla bycia ofiarą np. cierpienia za miliony czy też odkupienia własnej winy.

* Koncepcja winy. ETYKA zastępuje świadomość. Ludzkość poszła w stronę tworzenia programów umysłowych, konceptualnej regulacji zasad życia na Ziemi. Gdyby poszła w stronę WIEDZY, nie byłoby pojęcia winy (grzechu) i tym samym nie byłoby mowy o przebaczaniu. Tzw. Bóg to nie jest dziadek w chmurach, nie jest czymś zewnętrznym w stosunku do nas, ani w stosunku do czegokolwiek, a więc WSZYSTKO cokolwiek się dzieje przeniknięte jest tą wyższą świadomością.

Kiedy z niewiadomych przyczyn umiera małe dziecko, kochane i upragnione, czujemy wielki ból i żal. I tak dalece tkwimy w koncepcji winy i kary, że na siłę szukamy w nich ujścia dla naszych emocji np. matka jest winna, bo źle się w ciąży odżywiała albo to kara za grzechy babki.

* Koncepcja niewinności. Człowiek, który próbuje być niewinny jest słaby i poblokowany, nie ma w nim gotowości do twórczego działania. Dążenie do pozostania bez winy powoduje, że unika on konfrontacji z własnymi przekonaniami i czynami. Mając poczucie winy, którego próbuje się pozbyć, ucieka w ideologie i praktyki odkupiające winy - zamienniki komunikacji i działania, jak np. modlitwą i pokutą usuwa grzech albo medytacją rozpuszcza złą karmę (nie chodzi o to, że modlitwa i medytacja są czymś niewłaściwym, chodzi o to, do czego je wykorzystujemy). Zawsze są jakieś następstwa naszych czynów i musimy liczyć się z tym, że możemy przysporzyć komuś cierpienia.

* Koncepcja wybaczającej miłości i wielkoduszności. Wybaczenie nie jest zwolnieniem sprawcy od odpowiedzialności za zło, które uczynił. Boimy się pociągać innych do odpowiedzialności, bo w gruncie rzeczy nie chcemy być sprawcą czyjegoś cierpienia, zwłaszcza gdy dotyczy to członków rodziny, czy innych bliskich osób. A często po prostu boimy się odwetu, więc uciekamy w bierność. Innym wątkiem tej koncepcji jest akceptacja. Czyż to nie jest dziwne, kiedy człowiek wyraża zgodę na to, by robiono mu krzywdę, kiedy akceptuje sytuację patologiczną?

Wróćmy do przebaczania/wybaczania – używam tych słów zamiennie, gdyż różnice między nimi są tylko skojarzeniowe. Wybaczanie jest nam potrzebne, bo kiedy doznajemy krzywdy w postaci przemocy, oszustwa, zdrady itp., nasza orientacja w świecie zostaje zaburzona, zachwiane jest nasze poczucie tożsamości i własnej wartości, i wówczas wybaczenie uwalnia nas od uczuć nienawiści, żalu, rozgoryczenia, uczuć, które tworzą więzy z przeszłością, wysysają z nas energię życiową, odbierają nam wolność i siłę do życia.

Aby przebaczanie stało się dla nas czymś prostym, żebyśmy w tym procesie nie tworzyli niepotrzebnych napięć (wewnętrznych i zewnętrznych), pozbądźmy się kilku fałszywych wyobrażeń.

Doskonałym modelem wybaczenia jest spotkanie się sprawcy i ofiary, głęboka komunikacja i porozumienie między nimi, zrozumienie całego zdarzenia i wyciągnięcie z niego nauki. Porozumienie ze sprawcą jest dużym ułatwieniem, ale w niektórych sytuacjach ma swoją ciemną stronę: może zamazywać szerszą pespektywę widzenia zdarzenia. Ponadto – paradoksalnie - przeprosiny niosą dla ofiary zagrożenie, bo mogą utwierdzać ofiarę w roli ofiary, albo też mogą stworzyć destabilizujące uczucia np. upokorzenia (u sprawcy) czy fałszywego triumfu (u ofiary). Pełne pojednanie nie zawsze jest możliwe, więc pozwólmy sobie czasem na wersję uproszczoną.

Wybaczenia dokonuje ofiara w swojej świadomości. Podejmuje decyzję, że nie będzie już dłużej cierpieć z powodu doznanej krzywdy. W tej decyzji sprawca nie bierze udziału, jego udział polega wyłącznie na ułatwieniu lub utrudnieniu tej decyzji. Ta decyzja nie jest zależna od postawy sprawcy, choć ta postawa wpływa na przebieg całego procesu wybaczania. Sprawca nie musi wyrażać żalu za popełniony czyn; paradoksalnie, okazanie skruchy przez sprawcę może utrudniać decyzję ofiary rodząc w niej uczucia wiążące ją ze sprawcą. Sama świadomość sprawcy, że przysporzył cierpienia nie załatwia problemu; potrzebna jest jego wewnętrzna przemiana, która zmieni jego schemat postępowania. Przykład: pijany alkoholik bije żonę, ale gdy wytrzeźwieje ją przeprasza, a że ona go kocha i rozumie to, co się z nim dzieje pod wpływem alkoholu, wybacza mu i żyje z nim nadal, i znów doświadcza z jego strony przemocy; a gdyby on nie wyraził skruchy być może ona by się z nim rozstała, itd.

Podejmując decyzję o wybaczeniu nie odcinamy się od tematu, nie okrywamy zdarzenia chustą zapomnienia, bo choć zdarzenie rozegrało się w przeszłości (i tam je zostawiamy), to zostawiło w nas trwałe ślady. Nie rozpamiętujmy tego, co było, ale przyglądajmy się śladom, które w nas pozostały.

Życzę nam wszystkim, żeby proces przekształcania tej wiedzy w świadomość zajął nam mniej czasu niż okres, w jakim odbywał się proces programowania umysłu.

Prze-baczajmy, przechodźmy przez most odważnie, choć często nawet nie wyobrażamy sobie, co może być na drugim brzegu. Czasami to, co za sobą zostawiamy miało dla nas taką wartość i wiązało się z naszą tożsamością i systemem wartości tak głęboko, że to przechodzenie boli, bo ciągniemy za sobą długie korzenie. Wytrzymajmy ten ból, bo jest on skutkiem dokonujących się w nas przemian. Często ból, którego doświadczamy jest wspomnieniem traumatycznych przeżyć, które odcisnęły się w naszym ciele energetycznym niczym pieczęcie, zostawiając głęboki ślad. Przyglądajmy się temu bólowi, bo jest on lustrem, w którym możemy zobaczyć siebie. Szukajmy przyczyn bólu, by użyć właściwego lekarstwa, a czasami po prostu dajmy sobie czas na zagojenie się ran, powierzmy się "boskim lekarzom". Nie obwiniajmy się za ten ból! Często wychodzimy z epizodów życia tak traumatycznych, że pozostajemy kalekami. Nie obwiniajmy się za te "wypadki" i ich następstwa. Nie zmuszajmy się do "walki z kalectwem", bądźmy po prostu świadomi naszych ograniczeń i wykorzystujmy nowe możliwości życiowe, wykorzystujmy to, czym dysponujemy.

Prze-baczajmy nie poddając się terrorowi winy, grzechu, odkupienia, nadstawiania drugiego policzka, bycia świętym i ponad cierpieniem. Bądźmy wolni w swoich wyborach, świadomi siebie i szczęśliwi!

Joanna Najdowska

Kontakt z autorką: joanna.najdowska@gmail.com

Zobacz także:

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…